Uwielbiam zupy. Choć rosół nie za bardzo, ale inne, wykonanie na jego bazie, zawsze chętnie zjadam. Oczywiście to już nie te czasy, kiedy na stole zawsze musiał być dwudaniowy obiad. Nie tylko nie mam czasu, aby się w to bawić, ale też staram się robić takie dania, żeby jedna ich porcja wystarczyła za cały obiad. Jest jednak taka zupa, która jest sycąca, ale jednocześnie tak smaczna, że trudno poprzestać na jednym talerzu. Gdy mieszkałam z rodzicami, zawsze robiony był pełen gar fasolki po bretońsku, bo każde z nas: moi rodzice, bracia i ja, braliśmy jeszcze dokładkę. A jeśli zostało, to wykańczaliśmy ją na kolację. Do tego była gruba kromka świeżego, chrupiącego chleba (mój brat kroił taką na prawie pół bochenka, bo co będzie trzy razy do chlebaka chodził) i przepis na idealny obiad gotowy. I w dodatku całkiem niedrogi w wykonaniu. Należy tylko pamiętać, że fasolę trzeba namoczyć dzień wcześniej, inaczej nie będzie się nadawała do jedzenia. Z podanej porcji wychodzi dość spory gar zupy, więc z reguły przygotowuję ją na dwa dni.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z mięsem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z mięsem. Pokaż wszystkie posty
Ein Appetitkiller
Dawno temu, jeszcze za czasów gimnazjalnych (nie powiem jak dawno, bo aż mi się wierzyć nie chce, że to tak dawno temu było), na lekcji niemieckiego przerabialiśmy temat jedzenia. Jeden z tekstów brzmiał "Ein Appetitkiller" i był o tym jakie dania są uważane przez niemieckie dzieci za zabójców apetytu. Największą niepopularnością cieszyła się wątróbka. Tekst tak bardzo zapadł mi w pamięć, bo zdziwiona zapytałam "ale dlaczego? Mi zawsze wątróbka bardzo smakowała!". Okazało się, że jestem w mniejszości. Wątróbka teoretycznie prosta w obsłudze, może bardzo łatwo zostać zepsuta. I jeśli się nie wie, jak i z czym taką wątróbkę się je, to może ona faktycznie nie smakować. U mnie w domu zawsze królowała w wersji banalnej, duszona z cebulką, albo chrupiąca, albo tak miękka, że aż rozpływająca się w ustach (w zależności od tego czy była szykowana przez mamę, czy tatę). No ale ile razy można jeść wątróbkę przygotowywaną tak samo? Poszukałam w mojej cudownej londyńskiej książce i znalazłam (półgodzinne gotowanie)! A więc dziś znowu obiadowo.
Pasztet w wersji economy
Jak już pisałam, przy okazji klusek śląskich, nie lubimy w domu, gdy coś się marnuje. Nie jestem fanką mięsa. To znaczy, od czasu do czasu zjem i nawet będzie mi smakowało, ale jakbym musiała, z powodów obiektywnych, od jutra przejść na wegetarianizm, to wielkiej różnicy by mi to nie zrobiło. Jedyny powód, dla którego to jeszcze nie nastąpiło, to faktyczne istnienie dań mięsnych, za którymi na wegetariańskiej diecie byłoby mi smutno ;)
Ale jest pewna postać mięsa, której nie znoszę i ścierpieć nie mogę, kiery znajduję ją w moim talerzu. I jest to taki drobiazg jak mięso w zupie. Czyli to, które było na porcji rosołowej, żeberku, kości czy czym tam innym, na czym akurat zupa jest gotowana. Zazwyczaj kończy się tak, że to mięso odrywa się od kości i ląduje akurat w moim talerzu. A ja, jak takie małe dziecko, grymaszę wtedy niemiłosiernie, układam wianuszek na granicy talerza i absolutnie odmawiam jego zjedzenia. Niestety, ale dla mnie toto jest bez smaku i konsystencji i od razu mnie odrzuca. Tym samym przed rozpoczęciem nalewania zupy na talerze, kość/żeberko/porcja rosołowa ląduje na osobnym talerzu i wtedy są 3 wyjścia: albo tata je wcina do zupy lub osobno (on akurat lubi), albo ku uciesze kota leży niezakryte, więc można podwędzić i zjeść gdzieś za kanapą (a potem wet mówi, że Cholera przytyła za bardzo), albo można mięsko z kości dokładnie oskubać, wrzucić do pudełka i zamrozić. I przy kolejnej zupie, ta sama strategia. Aż do pełnego pudełeczka. A potem tylko dodajemy odpowiednie składniki i z rzeczy, której nie znoszę, wychodzi bardzo smaczny pasztet.
Ale jest pewna postać mięsa, której nie znoszę i ścierpieć nie mogę, kiery znajduję ją w moim talerzu. I jest to taki drobiazg jak mięso w zupie. Czyli to, które było na porcji rosołowej, żeberku, kości czy czym tam innym, na czym akurat zupa jest gotowana. Zazwyczaj kończy się tak, że to mięso odrywa się od kości i ląduje akurat w moim talerzu. A ja, jak takie małe dziecko, grymaszę wtedy niemiłosiernie, układam wianuszek na granicy talerza i absolutnie odmawiam jego zjedzenia. Niestety, ale dla mnie toto jest bez smaku i konsystencji i od razu mnie odrzuca. Tym samym przed rozpoczęciem nalewania zupy na talerze, kość/żeberko/porcja rosołowa ląduje na osobnym talerzu i wtedy są 3 wyjścia: albo tata je wcina do zupy lub osobno (on akurat lubi), albo ku uciesze kota leży niezakryte, więc można podwędzić i zjeść gdzieś za kanapą (a potem wet mówi, że Cholera przytyła za bardzo), albo można mięsko z kości dokładnie oskubać, wrzucić do pudełka i zamrozić. I przy kolejnej zupie, ta sama strategia. Aż do pełnego pudełeczka. A potem tylko dodajemy odpowiednie składniki i z rzeczy, której nie znoszę, wychodzi bardzo smaczny pasztet.
Kalorycznie, coby na zimę trochę sadełka przybyło
Zimno się robi. A jak robi się zimno, to człowiekowi (a tym bardziej Feministce) częściej ochota przychodzi na dania kaloryczne i zapychające zamiast lekkich zupek. Co prawda zazwyczaj są to dania czasochłonne, ale jeśli się dysponuje w ciągu dnia dwoma godzinami wolnego czasu i dziwną ochotą na pozmywanie tony garów, to to danie specjalne na takie zachcianki:
Pierogi z kaszą i wątróbką
Jeśli chodzi o pierogi, to jestem ich ogromną fanką. Chyba jedyne jakich nie lubię to ruskie. Za to z serem i budyniem, kapustą i grzybami lub kaszą i wątróbką uwielbiam. Uwielbiam na tyle, że nagle potrafię w siebie wcisnąć dwa razy większą porcję, niż normalnego obiadu. Nie wiem jakim cudem. Kiedyś w życiu mi by do głowy nie przyszło, że średnio lubiana wątróbka może przybrać dla mnie super atrakcyjną formę. Ale pewnego dnia moja ciocia (ta od której dostałam ostatnio brzoskwinie), skarbnica kulinarnych przepisów, przyjechała do nas robić zielone pomidory. Cały dzień im z mamą zeszło, i ciocia stwierdziła, że w takim razie ona na obiad pierogi zrobi, bo to szybko pójdzie. Serowych wtedy też jeszcze nie lubiłam. Ona zrobiła je w taki sposób, że zjadłam wszystkie. I nie pytajcie jakim cudem pierogi z serem i budyniem oraz pierogi z wątróbką i kaszą zjedzone na ten sam obiad nie wywołały u mnie sensacji żołądkowych. Do tej pory sama się nad tym zastanawiam :) Tak nam wszystkim zasmakowały, że nie było rady, mama musiała wziąć przepis i od tej pory, gdy grzybów już nie ma lub jeszcze nie ma, a przyjdzie nam ochota na obiad z pierogami, robimy właśnie te wątróbkowe. Przepis banalny, ale roboty dużo, bo z tej porcji wychodzi ich około 80, jak ktoś robi mniejsze to nawet do 100 dojdzie.
Ciasto:
- 1 kg mąki
- trochę ciepłej, przegotowanej wody
Farsz:
- 600g wątróbki
- 2 torebki kaszy gryczanej (czyli 400g jak ktoś woli sypaną)
- 1 cebula (wielkość wg uznania)
Mąkę wysypujemy na stolnicę. Na środek górki wylewamy po trochu ciepłej wody i zagniatamy, jak trzeba dolewamy wody. lepiej nie przesadzać z jej ilością, bo jak za dużo się naleje, to wtedy trzeba będzie więcej mąki dosypać, a wtedy farszu może nie wystarczyć :P Ciasto jest dobre gdy się już nie rozpada, nie ślimaczy, tylko jest sprężyste i elastyczne.
Wątróbkę króciutko gotujemy, tylko żeby się ładnie sparzyła. Cebulę kroimy w kostkę i smażymy na oleju lub niepoprawnym politycznie smalcu, aż się ładnie zrumieni. Kaszę gotujemy wg przepisu na pudełku.
Wątróbkę, kaszę i cebulę przekręcamy przez maszynkę do mięsa na średnich oczkach. Najlepiej ze dwa razy, bo się lubi okręcać na śrubie. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem (i chili jak ktoś lubi). Prawdopodobnie farsz jest trochę suchy, więc dodajemy do niego 2-3 łyżki oliwy z oliwek.
Stolnicę lekko podsypujemy mąką (nie przesadzać, bo się ciasto za suche zrobi i nie będzie się chciało kleić). Ciasto cieniutko wałkujemy i wycinamy szklanką kółeczka.
Na kółeczko kładziemy pół łyżki farszu i lekko go dogniatamy, żeby nie przeszkadzał w lepieniu. Składamy kółeczko na pół i mocno dociskamy do siebie końce. Uwaga, żeby się ciasto nigdzie nie naruszyło, bo potem wszystko powypływa.
Uformowane pierożki wrzucamy na gotującą się wodę. Przy wrzucaniu najlepiej policzyć ile poszło, żeby się nie pogubiły (lubią się czasem do dna przylepić). Mieszamy co jakiś czas drewnianą łychą, metalowa mogłaby je pokaleczyć i farsz by wypłynął, a pieróg z rozwodnionym farszem mimo wszystko smaczny nie jest. Gdy już sobie wesoło dryfują na wierzchu wyciągamy na durszlak (tu już można metalową :)) i lekko opłukujemy zimną wodą. Podajemy polane zarumienioną na oleju cebulką :)
Ponieważ porcja jest dość spora, to część może zostać na drugi obiad. Jeśli się nie lubi jeść przez dwa dni tego samego, można je spokojnie zamrozić po ugotowaniu. Wystarczy poukładać warstwami w pudełku, każdą warstwę posmarować oliwą z oliwek. I tak zamrożone mogą sobie leżeć nawet 2-3 tygodnie. Po rozmrożeniu albo wrzucamy je na gotującą się wodę, albo na patelnię. Usmażone też są super :) Smacznego!
Ciasto:
- 1 kg mąki
- trochę ciepłej, przegotowanej wody
Farsz:
- 600g wątróbki
- 2 torebki kaszy gryczanej (czyli 400g jak ktoś woli sypaną)
- 1 cebula (wielkość wg uznania)
Mąkę wysypujemy na stolnicę. Na środek górki wylewamy po trochu ciepłej wody i zagniatamy, jak trzeba dolewamy wody. lepiej nie przesadzać z jej ilością, bo jak za dużo się naleje, to wtedy trzeba będzie więcej mąki dosypać, a wtedy farszu może nie wystarczyć :P Ciasto jest dobre gdy się już nie rozpada, nie ślimaczy, tylko jest sprężyste i elastyczne.
Wątróbkę króciutko gotujemy, tylko żeby się ładnie sparzyła. Cebulę kroimy w kostkę i smażymy na oleju lub niepoprawnym politycznie smalcu, aż się ładnie zrumieni. Kaszę gotujemy wg przepisu na pudełku.
Wątróbkę, kaszę i cebulę przekręcamy przez maszynkę do mięsa na średnich oczkach. Najlepiej ze dwa razy, bo się lubi okręcać na śrubie. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem (i chili jak ktoś lubi). Prawdopodobnie farsz jest trochę suchy, więc dodajemy do niego 2-3 łyżki oliwy z oliwek.
Stolnicę lekko podsypujemy mąką (nie przesadzać, bo się ciasto za suche zrobi i nie będzie się chciało kleić). Ciasto cieniutko wałkujemy i wycinamy szklanką kółeczka.
Na kółeczko kładziemy pół łyżki farszu i lekko go dogniatamy, żeby nie przeszkadzał w lepieniu. Składamy kółeczko na pół i mocno dociskamy do siebie końce. Uwaga, żeby się ciasto nigdzie nie naruszyło, bo potem wszystko powypływa.
Uformowane pierożki wrzucamy na gotującą się wodę. Przy wrzucaniu najlepiej policzyć ile poszło, żeby się nie pogubiły (lubią się czasem do dna przylepić). Mieszamy co jakiś czas drewnianą łychą, metalowa mogłaby je pokaleczyć i farsz by wypłynął, a pieróg z rozwodnionym farszem mimo wszystko smaczny nie jest. Gdy już sobie wesoło dryfują na wierzchu wyciągamy na durszlak (tu już można metalową :)) i lekko opłukujemy zimną wodą. Podajemy polane zarumienioną na oleju cebulką :)
Ponieważ porcja jest dość spora, to część może zostać na drugi obiad. Jeśli się nie lubi jeść przez dwa dni tego samego, można je spokojnie zamrozić po ugotowaniu. Wystarczy poukładać warstwami w pudełku, każdą warstwę posmarować oliwą z oliwek. I tak zamrożone mogą sobie leżeć nawet 2-3 tygodnie. Po rozmrożeniu albo wrzucamy je na gotującą się wodę, albo na patelnię. Usmażone też są super :) Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



