Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łatwe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łatwe. Pokaż wszystkie posty

Najważniejszy syrop w mojej spiżarni

Tegoroczne lato minęło tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy. Może dlatego, że lipiec był wyjątkowo zimny i deszczowy, co niestety nie pozostało bez wpływu na rośliny. Udało mi się jednak zrobić dość sporo przetworów, bo jak co roku, w tym także prawie nie wychodziłam z kuchni. W mieszkaniu mam sporą spiżarkę, w której mieści się mnóstwo słoików, więc staram się jak najbardziej wykorzystać letni sezon, żeby ją zapełnić. Dzięki temu zimą nie muszę wydawać pieniędzy na rzeczy, których składu i smaku nie jestem pewna.

Syrop z czarnego bzu to jeden z takich przetworów, którego sklepowa jakość jest moim zdaniem bardzo wątpliwa. Wolę zrobić go samodzielnie, choć wymaga sporo pracy i dobrego wzroku, ale jest tego wart.


fot. Pixabay

Masz ochotę na coś słodkiego?

Masz czasem taką straszną ochotę na coś słodkiego, że nawet rozwaliłybyście wszystkie szafki, byle znaleźć jednego batonika? Na szczęście już nie zdarza mi się to zbyt często, ale kiedy taki głód słodyczy mnie dopada, lepiej nie stawać na mojej drodze. I czasem nie wystarczy jeden batonik...

Przepis na brownie dostałam od koleżanki z Estonii, kiedy jeszcze mieszkałam w Hiszpanii. Mimo że w ciągu kilku ostatnich lat jadłam kilka różnych rodzajów brownie, to właśnie mi najlepiej smakuje. Przygotowanie i pieczenie to maksymalnie godzina roboty, a mała blacha tego ciasta wystarczy na kilka dni. Serio, nawet największy łasuch (podaję za przykład mojego TŻ) nie jest w stanie zjeść więcej niż kawałek dziennie. Jest tak słodkie i tak mocno czekoladowe. I doskonale smakuje podawane jeszcze ciepłe z lodami. Po takim deserze można spokojnie odpłynąć i puszczać różowe bańki nosem ;)

Na kwaśny początek dnia

Ponoć każda szanująca się blogerka rozpoczyna dzień od szklanki wrzątku z sokiem z cytryny, bo to dobrze działa na trawienie i pomaga w czasie diety. Mnie natomiast trudno jest nazwać szanującą się blogerką, bo ani nie jestem regularna w blogowaniu, ani nie czuję parcia na odchudzanie. Za bardzo lubię jeść - w tym oczywiście słodycze i inne puste kalorie, żebym dla utraty kilku kilogramów miała zaraz z nich rezygnować. Dlatego w tłusty czwartek oczywiście nie mogłam się oprzeć zjedzeniu kolejnej góry pączków. Mam już taką tradycję, że co roku jadę po pracy do sklepu i kupuję pączki z różnymi nadzieniami. W tym roku wyszło ich 13! Ale niestety latka lecą, więc brzuch też nie ten sam, co w czasach nastoletnich, zarówno od zewnątrz, jak i wewnątrz. Tym samym wystarczy, że powącham ciastko i nagle mam 3 cm więcej w biodrach. A gdy zjem górę słodyczy, zaczyna mnie boleć żołądek. Starość nie radość, ale w razie czego to lubię lilie, więc wiecie jaki wieniec wybrać, kiedy już żołądek wprowadzi mnie do grobu. Bo rezygnować ze słodyczy nie zamierzam!



Kuchnia pachnąca czekoladą

Wow, jak patrzę na statystyki bloga, to okazuje się, że ktoś tu czasem jeszcze zagląda. Choć trochę obrósł kurzem i pajęczyną, nie zapomniałam o nim. Po prostu do pieczenia i gotowania muszę mieć odpowiedni nastrój i humor. A na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy jakoś nie potrafiłam ich w sobie znaleźć. I nawet próbowałam, ale ponownie sprawdza się zasada, że nic na siłę... Na szczęście powoli wracam do formy. Piekarnik mnie słucha, ciasteczka są jadalne, a i na dania obiadowe jakoś mam więcej pomysłów. 

Dzisiejsze ciasto powstało na zakończenie mojej pierwszej pracy. Szczerze mówiąc mój nastrój wtedy zupełnie nie nadawał się do pieczenia i z większości prób wychodziły nieapetyczne zakalce. To jednak się udało. Mało tego, wyszło naprawdę pyszne. Czekolada, wiśnie i do tego bita śmietana - mniam! Idealne na poprawę humoru, więc jeśli latem zrobiliście zapasy wiśni w formie mrożonej lub w syropie, to czas je wykorzystać. Kolejna zaleta to nieziemski zapach czekolady, który unosi się w kuchni podczas pieczenia. Aż trudno się oprzeć!


Sezon grzybowy rozpoczęty!

Jak u was z sezonem grzybowym? Wybraliście się już do lasu? Jeszcze nie tak dawno temu jeździłam nawet kilka razy w tygodniu do lasu zbierać grzyby, teraz niestety pozostają mi tylko weekendy. Mimo zimna i niepewnej pogody, grzybobranie to moja najulubieńsza rozrywka jesienna. I nawet poranne wstawanie mi nie przeszkadza. Choćbym nie wiadomo jak niewyspana była, grzyby mają priorytet. W zeszłym roku, w październiku wybraliśmy się z rodzicami na grzyby tak wcześnie, że gdy dojechaliśmy do lasy, wciąż było ciemno! I siedzieliśmy w tym aucie jak sieroty, czekając na wschód słońca. Wschodu nie doczekaliśmy, bo przyjechał kolejny grzybiarz, który najwidoczniej miał latarkę. Ubrał gumowce i poszedł w las. Na mój oburzony okrzyk "wyzbiera nam wszystkie prawdziwki!", postanowiliśmy wejść w las. Nie ważne, że niewiele było widać. W tej porannej szarudze udało mi się potknąć o zajączka (w sensie grzyba, nie futerkowca), a obok nogi taty znalazłam kolejnego. I nawet parę grzybków utrafiliśmy.

Im mniej tym lepiej

Lato, słońce, upały. Urlop mi właśnie mija i trzeba by trochę sobie pracy przypomnieć. Ale coś zjeść też by się przydało. Tylko komu chciałoby się stać kilka godzin przy garach? A bazylia na oknie tak pięknie pachnie...

Dzisiejszy przepis to jedno z tych dań, które robi się szybko, nie wymaga wielu składników i jest bardzo smaczne i sycące. Idealne na jedno z tych leniwych popołudni, kiedy nic się nie chce. A wystarczą pieczarki, bazylia, śmietana i makaron :)

Na upały tylko lody!

Trochę mnie nie było, ale nie zrezygnowałam z prowadzenia bloga. Najpierw choroba mnie wyeliminowała z jakiejkolwiek działalności, a potem nawał pracy - po chorobie nadrabianie zaległości, a potem zamykanie i przekazywanie wszystkiego przed urlopem. Okazało się, że podczas mojego wyjątkowo długiego stażu wykorzystałam bardzo mało przysługujących mi dni wolnych i nagle wyszło, że mam prawie 3 tygodnie wolnego do wykorzystania. A w pracy gorący okres. Zobaczymy jak to będzie wyglądało po moim powrocie :)

Kiedy przychodzi ochota i potrzeba na coś słodkiego

Dzisiejszy przepis to absolutny przebój w mojej rodzinie. Odkąd moja mama zrobiła je po raz pierwszy, nie ma osoby, która by ich nie lubiła. Nie za słodkie, łatwe, do przygotowania w masowej ilości. Idealne, gdy nagle wystąpi potrzeba przygotowania przysmaków dla dużej ilości gości, w lodówce same przysmaki śniadaniowe, a sklepy zamknięte (bo święto). Na szczęście zawsze znajdzie się sklep, który akurat będzie czynny - na moim osiedlu ich właściciele w jeden świąteczny dzień wyrabiają taki utarg jak w ciągu całego miesiąca. Nie żartuję - zawsze mają pełno klientów w każde święto. I do tych rogalików, zawsze będą mieli wszystkie składniki.

Na poprawę humoru i podratowanie zdrowia psychicznego

Moje papryczki rok temu, o tej porze, już hartowały się na balkonie, bo krzaczki osiągały wysokość 15 cm. W tym roku nadal ledwo od ziemi odstają i muszę na nie chuchać i dmuchać, żeby tylko ich nie przewiało. Na paprykach przechowanych z zeszłego roku pojawiają się już kwiaty, ale nawet gdy uda się je zapylić pędzelkiem, większość owoców odpada, bo brakuje im słońca. Zresztą to samo jest z pomidorami i ziołami. W takich warunkach nic nie chce rosnąć.
Dlatego też stanowczo protestuję przeciwko zimie w kwietniu! Paranoją jest usuwanie z auta 20 cm warstwy śniegu (który tak przy okazji połamał mi swoim ciężarem szufelkę, wredna szuja). Zima mnie dobija! Niestety jestem meteopatką i bardzo negatywnie reaguję na brak słońca i ciepła.Konieczność noszenia zimowych ubrań i codzienny widok śniegu i błota zamiast kwiatów i zieleniących się drzew i krzewów, powoduje, że mam ochotę schować się pod grubym kocem i obudzić się dopiero, gdy przyjdzie prawdziwa wiosna. Ale nie da rady, za dużo pracy. Jakoś się wspomagać trzeba.
Tak szukałam po wszystkich moich przepisach i znalazłam kolejną wariację bananowca. Z czekoladą. I kajmakiem. O mamo! Tylko w przeciwieństwie do tradycyjnego bananowca, na świeżo jest średnio możliwe do zjedzenia. Choć pysznie smakuje, to ciasto jest bardzo ciężkie i przypadkiem można się udławić. Za to na następny dzień można już zajadać do woli. Tylko poziom cukru niebezpiecznie po nim rośnie!

Na szybko, na świątecznie

Ehh z tą moją regularnością, to jednak ciężko jest. Już nawet nie pamiętam jak to jest mieć tyle czasu, żeby nie wiedzieć na co go poświęcić. Ale lubię to. Nie mam czasu na głupoty. Zajmuję się tylko tym, co jest dla mnie najważniejsze. I teraz w Święta też będę maksymalnie zajęta. Ale pamiętam o blogu. I mimo mojego zajęcia ciągle piekę i gotuję. Tylko czasu mi już brakuje na pisanie.

Jak one pachną!

Jedna z moich przyjaciółek jest wybitną fanką słodkości. To znaczy, większość moich znajomych lubi słodycze, ale ona ich wszystkich bije na głowę. W swoim uwielbieniu do słodyczy jest tak wyjątkowa, że jak mi mówi, że gdzieś są doskonałe ciastka, to na pewno muszę ich spróbować. Bo ona serio wie, co mówi. Dlatego często, gdy wypróbowuję nowy przepis, efekt kuchennych prac daję jej do spróbowania. Na 100% wiem, że powie szczerze, co o tym myśli. Zaczęłam wypróbowywać przepisy z moich angielskich książek i tym razem wzięłam pierwszy z "Ultimate chocolate recipies" na Chocolate Chip Cookies. W przepisie było podane, że wychodzi ich 16, to zrobiłam podwójną porcję. Gdy wyjmowałam 7 blachę z piekarnika, okazało się, że jest ich 70. Najwidoczniej te angielskie były dużo większe. Ale ich ilość nie stanowiła problemu - zniknęły błyskawicznie. Oprócz tego, że zawierają multum czekolady i cukru, są robione na maśle. I w tym tkwi sekret ich nieziemskiego zapachu. Jeśli masło jest dobre, to ich aromat będzie pierwszą rzeczą, na którą każdy zwróci uwagę. I wtedy nawet to, że nie wyglądają jak z tych wszystkich kulinarnych katalogów, nie ma już żadnego znaczenia. Mam swoją sprawdzoną markę, którą kupuję od dawna, ale chwilowo nie dysponowałam nią w domu. Na szybko kupiłam masło w Lidlu, z Pilosa. Kupcie, powąchajcie i będziecie wiedzieli, dlaczego jest do tych ciasteczek idealne!
Jak przywiozłam przyjaciółce ciasteczka, jej mama otworzyła folię, w którą były zawinięte i zawołała "Jak one pachną!". A były pieczone dwa dni wcześniej! Po prostu perfekcyjne. Tylko następnym razem, gdy będę je robić, użyję mniej cukru. Ta ilość jest zdecydowanie zbyt duża.

Ein Appetitkiller

Dawno temu, jeszcze za czasów gimnazjalnych (nie powiem jak dawno, bo aż mi się wierzyć nie chce, że to tak dawno temu było), na lekcji niemieckiego przerabialiśmy temat jedzenia. Jeden z tekstów brzmiał "Ein Appetitkiller" i był o tym jakie dania są uważane przez niemieckie dzieci za zabójców apetytu. Największą niepopularnością cieszyła się wątróbka. Tekst tak bardzo zapadł mi w pamięć, bo zdziwiona zapytałam "ale dlaczego? Mi zawsze wątróbka bardzo smakowała!". Okazało się, że jestem w mniejszości. Wątróbka teoretycznie prosta w obsłudze, może bardzo łatwo zostać zepsuta. I jeśli się nie wie, jak i z czym taką wątróbkę się je, to może ona faktycznie nie smakować. U mnie w domu zawsze królowała w wersji banalnej, duszona z cebulką, albo chrupiąca, albo tak miękka, że aż rozpływająca się w ustach (w zależności od tego czy była szykowana przez mamę, czy tatę). No ale ile razy można jeść wątróbkę przygotowywaną tak samo? Poszukałam w mojej cudownej londyńskiej książce i znalazłam (półgodzinne gotowanie)! A więc dziś znowu obiadowo.

Kto się objada w Ostatki, ten piękny i gładki!

Za chwilę kończy się karnawał i koniec z tymi imprezami do rana, fontannami alkoholu i obżarstwem do nieprzytomności...

No dobra, przesadziłam. U mnie Wielki Post nie jest taki straszny jak go malują. A szczególnie, że aż tak nie wariuję w Karnawale :P Ale ostatni tydzień karnawału to czas dla mnie baaaaardzo ważny. Może dlatego, że nikt na mnie nie patrzy krzywo, kiedy bez wyrzutów sumienia objadam się faworkami, pączkami i oponkami. Wszystkie diety szlag trafia, mojej nie, bo nigdy na żadnej nie byłam. I absolutnie nie zamierzam, skoro jeść uwielbiam. Myślałam o tym, żeby podać przepis na faworki, co roku je robimy, ale w Internecie znajdziecie ich tyle, że mój jeden się jakoś niespecjalnie wyróżni. Dziś zatem będzie coś innego. Na Tłusty Czwartek każdy piecze pączki, albo jak ja szturmuje sklepy w poszukiwaniu ulubionych smaków. W Londynie Polacy wykupują cały zapas ku ogromnemu zdziwieniu Anglików, którzy nie zetknęli się jeszcze z tą tradycją. Choć jest już ich coraz mniej, w końcu powoli kolonizujemy Wyspy. Doszło już nawet do tego, że część sklepów na Tłusty Czwartek zamawia dodatkowe dostawy, żeby dla wszystkich zainteresowanych starczyło ;) No ale ja nie o pączkach przecież. Choć trochę podobne. U mnie w domu oponki zawsze były na Ostatki. Koniecznie posypane toną cukru pudru. A z oponek dodatkowo mini pączusie, bo to właśnie je najbardziej uwielbiałam. A ich największa zaleta? W 10 minut wyrabiasz ciasto, a reszta czasu to tylko smażenie, idzie naprawdę szybko! (i nie wymagają piekarnika, bo część do mojego wciąż nie doszła)

Dzień Potraw Pikantnych

W każdym razie tak twierdzą wszyscy, więc chyba coś w tym musi być. A ja, jako rasowy hodowca chili, przecież musiałam go odpowiednio uczcić! Niestety mój tryb życia wyklucza w tygodniu częste gotowanie, bo zazwyczaj obiad już na mnie czeka, gdy wracam z pracy. I jest jednocześnie kolacją, bo jaki jest sens po dwóch godzinach znowu jeść? Tym samym miałam małą zagwozdkę, co dziś zrobić. Na szczęście książka Diabelska Kuchnia, z której już wielokrotnie korzystałam, po raz kolejny przyszła z pomocą. Na dworze ciągle pada, zimo, depresyjnie, więc co jest doskonałe na poprawę humoru i rozgrzanie? Cynamon, czekolada, wanilia i chili... Chyba już wiecie o czym mowa?

Czekoladowe zakończenie roku

Ostatni dzień roku trzeba jakoś uczcić. Jako że wybieram się do znajomych na imprezę większość kuchennych przygotowań mnie ominie. Po wigilijnych ciastach zostały już same okruszki, więc wypadałoby upichcić coś świeżego. A w głowie mam tylko jedną myśl "żeby nowy rok, mimo że z 13 na liczniku, był lepszy niż 2012". Wiele ponurych rzeczy się w nim wydarzyło. Często psujących całkowicie humor, bo ciągle te zdarzenia odczuwam. I skoro ten humor jest nie za bardzo dobry, to trzeba go jakoś poprawić. A czy jest coś, co poprawia humor lepiej niż czekolada? Dzisiaj więc przepis na ciasto czekoladowo-pomarańczowe. Pachnące i smakujące świętami i tak dobre, że już po jednym kawałku wszystkie myśli stają się... czekoladowe :) I z gatunku moich ulubionych, czyli na szybko. Oryginalny przepis znajdziecie na Kotlet.tv. Podaję z moimi niewielkimi modyfikacjami.

Strucla last minute!

Notka miała być wczoraj, ale niestety przez te zimowe roztopy rozłożyła mnie choroba. Ale nie martwcie się, nawet jeśli zabierzecie się za struclę z dzisiejszego przepisu jutro rano, na pewno zdążycie przed pierwszą gwiazdką. Idealny przepis dla tych, którzy jednak się z pieczeniem nie wyrobili. U mnie w domu to obowiązkowy punkt na Wigilię. Ponieważ jest postna, cały dzień się nią zajadamy, żeby dotrwać jakoś do wieczerzy. Z porcji wychodzą 2 strucle: jedna zostaje u nas, a druga wędruje do mojego brata.

To już ten czas...

Święta coraz bliżej i w każdym sklepie torturują ludzi "Last Christmas". Spędziłam dziś na zakupach 4 godziny. Mój kręgosłup do tej tej pory głośno wyraża swoje niezadowolenie z takiego traktowania. Wróciłam do domu obładowana jak wielbłąd w karawanie. I w ciągu tych 4 godzin, "Last Christmas" słyszałam chyba 8 razy! Jest to najbardziej znienawidzony przeze mnie utwór świąteczny.

Pasztet w wersji economy

Jak już pisałam, przy okazji klusek śląskich, nie lubimy w domu, gdy coś się marnuje. Nie jestem fanką mięsa. To znaczy, od czasu do czasu zjem i nawet będzie mi smakowało, ale jakbym musiała, z powodów obiektywnych, od jutra przejść na wegetarianizm, to wielkiej różnicy by mi to nie zrobiło. Jedyny powód, dla którego to jeszcze nie nastąpiło, to faktyczne istnienie dań mięsnych, za którymi na wegetariańskiej diecie byłoby mi smutno ;)

Ale jest pewna postać mięsa, której nie znoszę i ścierpieć nie mogę, kiery znajduję ją w moim talerzu. I jest to taki drobiazg jak mięso w zupie. Czyli to, które było na porcji rosołowej, żeberku, kości czy czym tam innym, na czym akurat zupa jest gotowana. Zazwyczaj kończy się tak, że to mięso odrywa się od kości i ląduje akurat w moim talerzu. A ja, jak takie małe dziecko, grymaszę wtedy niemiłosiernie, układam wianuszek na granicy talerza i absolutnie odmawiam jego zjedzenia. Niestety, ale dla mnie toto jest bez smaku i konsystencji i od razu mnie odrzuca. Tym samym przed rozpoczęciem nalewania zupy na talerze, kość/żeberko/porcja rosołowa ląduje na osobnym talerzu i wtedy są 3 wyjścia: albo tata je wcina do zupy lub osobno (on akurat lubi), albo ku uciesze kota leży niezakryte, więc można podwędzić i zjeść gdzieś za kanapą (a potem wet mówi, że Cholera przytyła za bardzo), albo można mięsko z kości dokładnie oskubać, wrzucić do pudełka i zamrozić. I przy kolejnej zupie, ta sama strategia. Aż do pełnego pudełeczka. A potem tylko dodajemy odpowiednie składniki i z rzeczy, której nie znoszę, wychodzi bardzo smaczny pasztet.

Bo już od dłuższego czasu za mną chodziło

Od czasu do czasu mam ochotę na spaghetti. Rzadko kiedy robię, ponieważ tata chodzi wtedy obrażony, bo sam musi sobie obiad wymyślić. Nie lubi spaghetti i go nie jada, ale powodem jego niechęci nie są pomidory czy smak, a rzecz tak prozaiczna jak kształt makaronu. Mianowicie tata się buntuje i takiego długiego jeść nie będzie. Raz po prostu pokroił cały na kawałki. Ale czasem ochota na to tak chodzi za mną i w końcu zrobić trzeba. Jest to kolejny przepis z kategorii na szybko, łatwo i smacznie. Dosłownie pół godziny i gotowe.

I znowu dynia!

Dziś będzie krótko, szybko i na temat! Pamiętacie kompot z dyni? Robiliście? Smakował? No ba! A co zrobić z kawałkami owoców? Szczególnie jak ktoś nie lubi pogryzać? U mnie w piwnicy jeszcze 4 dynie leżą i trzeba pozjadać, bo się zmarnują. No to znowu kompot, a z owoców racuchy. Idealne na szybki, trochę słodki obiad. Porcja wychodzi dość spora, więc nawet trzech wielkich chłopów powinno się najeść. Ponieważ dynia w kompocie była z goździkami i cynamonem, racuchy też nimi lekko smakują. Idealne na nadchodzące zimne popołudnia i wieczory. Podane porcje są orientacyjne, bo ciasto raz wychodzi bardziej gęste, raz rzadsze.