Jak już pisałam, przy okazji klusek śląskich, nie lubimy w domu, gdy coś się marnuje. Nie jestem fanką mięsa. To znaczy, od czasu do czasu zjem i nawet będzie mi smakowało, ale jakbym musiała, z powodów obiektywnych, od jutra przejść na wegetarianizm, to wielkiej różnicy by mi to nie zrobiło. Jedyny powód, dla którego to jeszcze nie nastąpiło, to faktyczne istnienie dań mięsnych, za którymi na wegetariańskiej diecie byłoby mi smutno ;)
Ale jest pewna postać mięsa, której nie znoszę i ścierpieć nie mogę, kiery znajduję ją w moim talerzu. I jest to taki drobiazg jak mięso w zupie. Czyli to, które było na porcji rosołowej, żeberku, kości czy czym tam innym, na czym akurat zupa jest gotowana. Zazwyczaj kończy się tak, że to mięso odrywa się od kości i ląduje akurat w moim talerzu. A ja, jak takie małe dziecko, grymaszę wtedy niemiłosiernie, układam wianuszek na granicy talerza i absolutnie odmawiam jego zjedzenia. Niestety, ale dla mnie toto jest bez smaku i konsystencji i od razu mnie odrzuca. Tym samym przed rozpoczęciem nalewania zupy na talerze, kość/żeberko/porcja rosołowa ląduje na osobnym talerzu i wtedy są 3 wyjścia: albo tata je wcina do zupy lub osobno (on akurat lubi), albo ku uciesze kota leży niezakryte, więc można podwędzić i zjeść gdzieś za kanapą (a potem wet mówi, że Cholera przytyła za bardzo), albo można mięsko z kości dokładnie oskubać, wrzucić do pudełka i zamrozić. I przy kolejnej zupie, ta sama strategia. Aż do pełnego pudełeczka. A potem tylko dodajemy odpowiednie składniki i z rzeczy, której nie znoszę, wychodzi bardzo smaczny pasztet.