Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty

Masz ochotę na coś słodkiego?

Masz czasem taką straszną ochotę na coś słodkiego, że nawet rozwaliłybyście wszystkie szafki, byle znaleźć jednego batonika? Na szczęście już nie zdarza mi się to zbyt często, ale kiedy taki głód słodyczy mnie dopada, lepiej nie stawać na mojej drodze. I czasem nie wystarczy jeden batonik...

Przepis na brownie dostałam od koleżanki z Estonii, kiedy jeszcze mieszkałam w Hiszpanii. Mimo że w ciągu kilku ostatnich lat jadłam kilka różnych rodzajów brownie, to właśnie mi najlepiej smakuje. Przygotowanie i pieczenie to maksymalnie godzina roboty, a mała blacha tego ciasta wystarczy na kilka dni. Serio, nawet największy łasuch (podaję za przykład mojego TŻ) nie jest w stanie zjeść więcej niż kawałek dziennie. Jest tak słodkie i tak mocno czekoladowe. I doskonale smakuje podawane jeszcze ciepłe z lodami. Po takim deserze można spokojnie odpłynąć i puszczać różowe bańki nosem ;)

Kuchnia pachnąca czekoladą

Wow, jak patrzę na statystyki bloga, to okazuje się, że ktoś tu czasem jeszcze zagląda. Choć trochę obrósł kurzem i pajęczyną, nie zapomniałam o nim. Po prostu do pieczenia i gotowania muszę mieć odpowiedni nastrój i humor. A na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy jakoś nie potrafiłam ich w sobie znaleźć. I nawet próbowałam, ale ponownie sprawdza się zasada, że nic na siłę... Na szczęście powoli wracam do formy. Piekarnik mnie słucha, ciasteczka są jadalne, a i na dania obiadowe jakoś mam więcej pomysłów. 

Dzisiejsze ciasto powstało na zakończenie mojej pierwszej pracy. Szczerze mówiąc mój nastrój wtedy zupełnie nie nadawał się do pieczenia i z większości prób wychodziły nieapetyczne zakalce. To jednak się udało. Mało tego, wyszło naprawdę pyszne. Czekolada, wiśnie i do tego bita śmietana - mniam! Idealne na poprawę humoru, więc jeśli latem zrobiliście zapasy wiśni w formie mrożonej lub w syropie, to czas je wykorzystać. Kolejna zaleta to nieziemski zapach czekolady, który unosi się w kuchni podczas pieczenia. Aż trudno się oprzeć!


Czekolada na poprawę humoru

Rany, jaki dziś jest zły dzień! Ale taki bardzo, bardzo zły!

W nocy obudziła mnie burza, a właściwie warczący kot, który tak się burzy boi, że przeniósł się na podłogę pod krzesło, żeby być jak najdalej od okna. No i ciężko było potem zasnąć. A jak już zasnęłam, to się okazało, ze zaspałam! Telefon, służący mi za budzik, wczoraj miał jeszcze dwie kreski i normalnie na dwa dni mu to starczało - rozładował się w ciągu tej nocy. Najwidoczniej burza i te wszystkie wyładowania atmosferyczne, mają jednak wpływ na elektronikę. Na szczęście pani doktor nie była dziś obładowana pacjentami i mnie przyjęła. Normalnie nie ma takiej opcji dla spóźnialskich.

Na poprawę humoru i podratowanie zdrowia psychicznego

Moje papryczki rok temu, o tej porze, już hartowały się na balkonie, bo krzaczki osiągały wysokość 15 cm. W tym roku nadal ledwo od ziemi odstają i muszę na nie chuchać i dmuchać, żeby tylko ich nie przewiało. Na paprykach przechowanych z zeszłego roku pojawiają się już kwiaty, ale nawet gdy uda się je zapylić pędzelkiem, większość owoców odpada, bo brakuje im słońca. Zresztą to samo jest z pomidorami i ziołami. W takich warunkach nic nie chce rosnąć.
Dlatego też stanowczo protestuję przeciwko zimie w kwietniu! Paranoją jest usuwanie z auta 20 cm warstwy śniegu (który tak przy okazji połamał mi swoim ciężarem szufelkę, wredna szuja). Zima mnie dobija! Niestety jestem meteopatką i bardzo negatywnie reaguję na brak słońca i ciepła.Konieczność noszenia zimowych ubrań i codzienny widok śniegu i błota zamiast kwiatów i zieleniących się drzew i krzewów, powoduje, że mam ochotę schować się pod grubym kocem i obudzić się dopiero, gdy przyjdzie prawdziwa wiosna. Ale nie da rady, za dużo pracy. Jakoś się wspomagać trzeba.
Tak szukałam po wszystkich moich przepisach i znalazłam kolejną wariację bananowca. Z czekoladą. I kajmakiem. O mamo! Tylko w przeciwieństwie do tradycyjnego bananowca, na świeżo jest średnio możliwe do zjedzenia. Choć pysznie smakuje, to ciasto jest bardzo ciężkie i przypadkiem można się udławić. Za to na następny dzień można już zajadać do woli. Tylko poziom cukru niebezpiecznie po nim rośnie!

Jak one pachną!

Jedna z moich przyjaciółek jest wybitną fanką słodkości. To znaczy, większość moich znajomych lubi słodycze, ale ona ich wszystkich bije na głowę. W swoim uwielbieniu do słodyczy jest tak wyjątkowa, że jak mi mówi, że gdzieś są doskonałe ciastka, to na pewno muszę ich spróbować. Bo ona serio wie, co mówi. Dlatego często, gdy wypróbowuję nowy przepis, efekt kuchennych prac daję jej do spróbowania. Na 100% wiem, że powie szczerze, co o tym myśli. Zaczęłam wypróbowywać przepisy z moich angielskich książek i tym razem wzięłam pierwszy z "Ultimate chocolate recipies" na Chocolate Chip Cookies. W przepisie było podane, że wychodzi ich 16, to zrobiłam podwójną porcję. Gdy wyjmowałam 7 blachę z piekarnika, okazało się, że jest ich 70. Najwidoczniej te angielskie były dużo większe. Ale ich ilość nie stanowiła problemu - zniknęły błyskawicznie. Oprócz tego, że zawierają multum czekolady i cukru, są robione na maśle. I w tym tkwi sekret ich nieziemskiego zapachu. Jeśli masło jest dobre, to ich aromat będzie pierwszą rzeczą, na którą każdy zwróci uwagę. I wtedy nawet to, że nie wyglądają jak z tych wszystkich kulinarnych katalogów, nie ma już żadnego znaczenia. Mam swoją sprawdzoną markę, którą kupuję od dawna, ale chwilowo nie dysponowałam nią w domu. Na szybko kupiłam masło w Lidlu, z Pilosa. Kupcie, powąchajcie i będziecie wiedzieli, dlaczego jest do tych ciasteczek idealne!
Jak przywiozłam przyjaciółce ciasteczka, jej mama otworzyła folię, w którą były zawinięte i zawołała "Jak one pachną!". A były pieczone dwa dni wcześniej! Po prostu perfekcyjne. Tylko następnym razem, gdy będę je robić, użyję mniej cukru. Ta ilość jest zdecydowanie zbyt duża.

Zakupowe szaleństwo!

Zakupy to jeden z wielu powodów, przez które tak dawno nie było żadnej notki. Ponieważ obiecywałam bratu już dwa lata, że go znowu odwiedzę, to w końcu trzeba było wziąć spakować tyłek i się do tego Londynu wybrać. Od zawsze uwielbiałam Wielką Brytanię, książki w jakikolwiek sposób z nią związane (historyczne, biografie lub powieści, których akcja się w niej toczy) po prostu pochłaniam na tony. Trochę klimat do mnie nie przemawia, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? ;) Ogólnie to wybrałam się z zamiarem zrobienia ogromnych zakupów, przez co pokój brata dzień przed moim wyjazdem wyglądał jak magazyn sklepu wielobranżowego. Przez tydzień poszalałam, odpoczęłam i miałam pod koniec zeszłego tygodnia wziąć się za pieczenie, ale... Nie wdając się w szczegóły, kiedy wróciłam do domu, okazało się że wcześniej w piekarniku był mały pożar. I ten mały pożar chwilowo zabił nasz piekarnik. Ale mechanik już umówiony, uszkodzona część zamówiona, więc mam nadzieję, że za kilka dni piekarnik wróci do zdrowia. Co jednak nie znaczy, że do tego czasu nic się nie pojawi. W czasie zakupowego szału wstąpiliśmy z bratem do księgarni. Właściwie to szukał zupełnie innej książki, ale natknęliśmy się na promocję książek kucharskich. Ponieważ oboje lubimy gotować, to chyba pół godziny trwało zanim zdecydowaliśmy, co kupujemy. Brat wybrał dla siebie 400 niedrogich przepisów i kuchnię niskotłuszczową (także dość grubą księgę), a ja The Half Hour Cook (200 przepisów do przygotowania w 30 minut i 200 do przygotowania w 20 minut) oraz Ultimate Chocolate Recipes - czyli mnóstwo przepisów na czekoladowe przysmaki.

Dzień Potraw Pikantnych

W każdym razie tak twierdzą wszyscy, więc chyba coś w tym musi być. A ja, jako rasowy hodowca chili, przecież musiałam go odpowiednio uczcić! Niestety mój tryb życia wyklucza w tygodniu częste gotowanie, bo zazwyczaj obiad już na mnie czeka, gdy wracam z pracy. I jest jednocześnie kolacją, bo jaki jest sens po dwóch godzinach znowu jeść? Tym samym miałam małą zagwozdkę, co dziś zrobić. Na szczęście książka Diabelska Kuchnia, z której już wielokrotnie korzystałam, po raz kolejny przyszła z pomocą. Na dworze ciągle pada, zimo, depresyjnie, więc co jest doskonałe na poprawę humoru i rozgrzanie? Cynamon, czekolada, wanilia i chili... Chyba już wiecie o czym mowa?

Czekoladowe zakończenie roku

Ostatni dzień roku trzeba jakoś uczcić. Jako że wybieram się do znajomych na imprezę większość kuchennych przygotowań mnie ominie. Po wigilijnych ciastach zostały już same okruszki, więc wypadałoby upichcić coś świeżego. A w głowie mam tylko jedną myśl "żeby nowy rok, mimo że z 13 na liczniku, był lepszy niż 2012". Wiele ponurych rzeczy się w nim wydarzyło. Często psujących całkowicie humor, bo ciągle te zdarzenia odczuwam. I skoro ten humor jest nie za bardzo dobry, to trzeba go jakoś poprawić. A czy jest coś, co poprawia humor lepiej niż czekolada? Dzisiaj więc przepis na ciasto czekoladowo-pomarańczowe. Pachnące i smakujące świętami i tak dobre, że już po jednym kawałku wszystkie myśli stają się... czekoladowe :) I z gatunku moich ulubionych, czyli na szybko. Oryginalny przepis znajdziecie na Kotlet.tv. Podaję z moimi niewielkimi modyfikacjami.

I znowu banany!

Zabrałam się dzisiaj za czyszczenie mojej dosyć pokaźnej kolekcji słoni. Niestety każdy z tych słoni ma to do siebie, że jest idealnym zbieraczem kurzu. A do tego praktycznie 95% mojej kolekcji ma mnóstwo zdobień i wgłębień, w których ten kurz uwielbia się gromadzić. Tym samym najwygodniejszą metodą czyszczenia jest moczenie w wodzie i wycieranie do sucha. Jak już wszystkie będą oczyszczone i nadające się do pokazywania, może zamieszczę trochę zdjęć :)

Żeby się za bardzo nie umartwiać tym sprzątaniem, postanowiłam się pocieszyć jakimś ciachem z kremem. Chciałam coś dobrego, słodkiego i w miarę szybkiego. Do głowy mi przyszła cała masa przepisów, ale jeden już od dawna do mnie wracał i w końcu zdecydowałam się na Kopiec Kreta. Wadą ciasta jest, że niestety musi leżeć w lodówce. Dlatego lubię je robić zimą, bo wtedy po prostu wywalam szczelnie zamknięty pojemnik z ciastem na balkon i jest spokój. A tak trzeba w lodówce poprzykrywać wszystko co emituje zapachy (np cebula czy sos czosnkowy), bo pojemnik na ciacho się nie zmieści.
Kiedy pierwszy raz chciałam zrobić Kopiec Kreta wybrałam opcję z pudełka. To jeszcze były czasy, kiedy moje zdolności kulinarne ograniczały się do wyklepania i usmażenia kotletów i upieczenia samodzielnie ciasta o wdzięcznej nazwie "ciasto, które zawsze się udaje" (w moim wykonaniu i przypala). O czymś takim jak blogi kulinarne nikt wtedy nie słyszał, bo internet w Polsce dopiero raczkował. Niestety źle przeczytałam instrukcję na pudełku i zamiast masła, do masy na ciasto wlałam całą kremówkę. Sytuację uratowała moja mama, ale zamiast kopca mieliśmy płaski placek z bananami, a ja się zraziłam do niego na kilka lat. Z koleżankami się śmiałyśmy wtedy, że "kopiec przeżył, ale kret zdechł". W zeszłym roku ponownie spróbowałam, tym razem od podstaw samodzielnie z przepisu. I wyszedł perfekcyjnie. Roboty z nim niewiele, jedynie przy usypywaniu kopca trochę się bałagani. Idealne na wieczorny deser. No i oczywiście z moimi ukochanymi bananami :)

Składniki:
Ciasto:
  • 0,5 kostki margaryny (125 g)
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 jajka
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/3 szklanki wody
  • 2 łyżki dobrego ciemnego kakao
Krem:
  • 400 g śmietany kremówki
  • 2 śmietan-fixy
  • 1,5 łyżki cukru pudru
  • 1 tabliczka czekolady deserowej lub gorzkiej
  • 3 banany
  • 1 torebka cukru wanilinowego
Ciasto:
Margarynę, cukier, kakao i wodę wkładamy do rondelka, gotujemy mieszając, aż się wszystko ładnie rozpuści i połączy. Studzimy. Żółtka oddzielamy od białek. Masę czekoladową i żółtka wlewamy do miski i mieszamy. Dosypujemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i znowu dokładnie mieszamy. Z białek ubijamy sztywną pianę i delikatnie łączymy z resztą masy. średnią tortownicę (ok 27-30 cm średnicy) smarujemy tłuszczem i obsypujemy bułką tartą. Można też wyłożyć spód papierem do pieczenia i obsypać boki bułką. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto pieczemy przez 25 minut - do suchego patyczka. Z lekko wystudzonego delikatnie wydrążamy środek. Ponieważ na górze jest chrupiąca skórka, najlepiej wyciąć sobie nożem linie i po nich zeskrobywać łyżką. Zostawiamy dno i boki, na ok 1,5 cm grubości. To co zostało wyskrobane, kruszymy na drobno i odkładamy do miseczki.



Krem:
Czekoladę drobno siekamy. Kremówkę ubijamy ze śmietan-fixami, cukrem wanilinowym i cukrem pudrem. Dodajemy do niej czekoladę i delikatnie mieszamy.

Kopiec:
Na dnie wydrążonego ciasta układamy połówki bananów. Jak komuś przeszkadza brązowienie, może pokropić kilkoma kroplami cytryny, ale bita śmietana wtedy krócej się trzyma. Dwa mi się zawsze mieszczą całe, a trzeci banan służy do uzupełniania dziur pomiędzy nimi.

Na banany nakładamy bitą śmietanę i formujemy z niej kopiec. I ostatnia część zabawy. Bierzemy okruchy ciasta i jak kto woli: posypujemy lub nakładamy na śmietanę. Ja zawsze wolę drugą wersję, bo mnie się rozsypuje i wygodniej dziury się uzupełnia. Okruchy lekko dociskamy do śmietany, żeby nie uciekały. Na koniec wkładamy na 2 godziny do lodówki, żeby się "ustabilizowało".



Smacznego!

Muffinki z czekoladą i chili...

... oraz alkoholem! A co jak szaleć to szaleć! Przepis, podobnie jak wcześniejsze z chili, pochodzi z książki "Diabelska kuchnia". Oznaczone jako średnio ostre, ale dla mnie były bardzo łagodne. W przepisie jest Anaheim, ale ja użyłam Super Chile sztuk 4 i nic nie piekło i nie bolało. Wyjątkowo smaczne, połączenie chili i czekolady od dawna cieszy się uznaniem, a w tych babeczkach jest po prostu fantastyczne. Porcja jest teoretycznie na 18 babeczek. Nie wiem jak wielkich foremek autor książki używał, ale ja w moich standardowych 4cm zrobiłam 19 babeczek a i tak jeszcze mi ciasto pouciekało na boki (nakładałam do pełna bo stwierdziłam że skoro zrobiłam 19 to bardziej nie wyrosną, o naiwności!). Przy napełnianiu do 3/4 wysokości foremki/foremki z papilotką pewnie wyjdzie ok 20.

Składniki:
  • 1 łyżka drobno posiekanego chili bez nasion (u mnie małe Super Chile)
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 3 łyżki wódki (ja użyłam 5 łyżek białego rumu, bo miałam otwarty, a wódkę nie)
  • 225 g miękkiego masła
  • 200 g drobnego cukru
  • 225 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 4 jajka
  • 5 łyżek ciemnego rumu
  • 2 łyżki jasnobrązowego cukru
Czekoladę siekamy na drobno i wrzucamy razem z chili do miseczki. Zalewamy rumem lub wódką, mieszamy i zostawiamy na 2-3 godziny (mogą nawet całą noc poleżakować, jak się komuś nie śpieszy). Ciemny rum i brązowy cukier odkładamy z dala od zasięgu rączek, bo będą potrzebne na sam koniec. Całą resztę mieszamy jak to w przypadku muffinów. Masło ucieramy z cukrem i dodajemy pojedynczo jajka. Odkładamy mikser i ręcznie mieszamy z suchymi składnikami. Na koniec wrzucamy alkoholowe chili z czekoladą.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto nakładamy do 3/4 wysokości foremki. Nie polecam używania wyłącznie papilotek (pojedyncze foremki silikonowe też się mogą nie sprawdzić). Ciasto choć jest gęste, to i tak się "rozlewa" i niewygodnie przenosi, więc lepiej wykorzystać jakieś sztywniejsze formy. Pieczemy 20 minut (dla niemajacych termoobiegu jak ja: dodajemy jeszcze 5 minut z górną grzałką)

Do małego garnuszka wlewamy ciemny rum i brązowy cukier. Gotujemy na małym ogniu, aż się ładnie rozpuści.

Wyjmujemy muffinki z piekarnika. W każdej robimy wykałaczką kilka dziurek na środku. Dziurki zalewamy ciepłym syropem i odstawiamy do ostygnięcia. W ksiązce jest napisane, że szczelnie zamknięte można trzymać przez 3 dni (lub 3 miesiące zamrożone). U mnie i po 4 dniach były smaczne i pulchne. Pod moją nieobecność, moja bratanica wcięła ponoć 4. Nie otrzymałam żadnej skargi od brata i bratowej, żeby Młoda (lat 5) się jakoś dziwnie zachowywała, więc oznacza to, że dla dzieci też są niegroźne 

Te dziury z boku muffinek są po silikonowych foremkach, które stały na blaszce. Mam  za mały piekarnik do takich ilości ;)

Plamy na górze to ślad po nie do końca wchłoniętym syropie. Po godzinie nie było już po nich śladu. Smacznego!

Kombinowanie na szybko

Często opiekujemy się dziećmi mojego brata, kiedy akurat jemu i bratowej wypadnie praca w ten sam dzień. W tygodniu, kiedy dzieci są w szkole i przedszkolu, zazwyczaj problemu z nimi nie ma, bo dopiero odbierane są dopiero popołudniu, a wtedy muszą zjeść obiad i na te 3-4 godziny jakieś zajęcie im się znajdzie. Gorzej jest w weekendy, kiedy nie ma lekcji do odrobienia, bajki szybko się nudzą, malowanie też, a kot już dawno się schował i za cholerę nie wyjdzie, by dać się pogłaskać. Cóż, Młody i Młoda do anemicznych nie należą. Kiedy pojawia się nuda, zaczyna się domowa apokalipsa, przez mieszkanie nie da się spokojnie przejść bez potknięcia się o zabawki, krzyk, pisk, gonitwa, awantura i kot ze stanem przedzawałowym. Jedynym wyjściem jest znalezienie im wtedy kreatywnego zajęcia. Młody jest na tyle duży, że może sam na dwór wychodzić, ale czasem niestety pogoda na to nie pozawala. Oboje uwielbiają słodycze i gdybyśmy ich nie usuwali z zasięgu małych rączek, to byłaby wyżerka, mdłości, szał cukrowy, a na koniec dentysta. Zamiast dawać im takie sklepowe, wolę przygotować coś własnego, co przy okazji będzie bardziej sycące niż cukierek, więc siłą rzeczy nie będą w stanie zjeść tego za dużo. Inną zaletą jest to, że dzieci uwielbiają obserwować i "pomagać" w kuchni. Czasem pieczenie zajmuje nawet dwie godziny i przez ten cały czas dzieci grzecznie siedzą w kuchni i jest spokój. Czasem jednak trzeba na szybko i wtedy ratuję się (o zgrozo!) gotowym ciastem francuskim.

Na paczkę ciasta francuskiego potrzeba:
- 3 średnie banany lub 2 duże (można zastąpić innymi, ale uwaga: truskawki lubią uciekać)
- pół tabliczki deserowej czekolady
- jajko
- ewentualnie cukier wanilinowy do posypania

Ciasto kroimy w kwadraty (4 na wysokość, 5 na szerokość). Czekoladę topimy w kąpieli wodnej. Banany kroimy w zależności od upodobań - ja wolę drobną kostkę. Na środku każdego kwadraciku robimy plamę z czekolady i kładziemy łyżeczkę bananów. Składamy w trójkącik i dokładnie sklejamy (jak pieroga). Kładziemy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, smarujemy rozbełtanym jajkiem i posypujemy cukrem wanilinowym. Gotowe pieczemy 15-20 minut, aż skórka zrobi się złota.
Proste, szybkie i pyszne :)

Tak miało być i tym razem, ale jakiś chochlik czy chwilowe zaćmienie sprawiło, że zamiast ciasta francuskiego chwyciłam kruche. Hmm, powiem szczerze, że nie jestem nim zachwycona, z domowej roboty ciastem o wiele lepiej się pracuje, ale zużyć trzeba. No to:

- 1 paczka kruchego ciasta
- 3 banany (a jakże!)
- 3 łyżeczki soku z cytryny
- cukier wanilinowy
- pół kostki masła
- pół kostki gorzkiej czekolady
- 3 łyżki cukru
- kolorowa posypka do dekoracji

Cukry ucieramy z masłem na gładką masę. Banany miksujemy blenderem razem z sokiem cytrynowym. Po trochu dorzucamy masę maślaną i miksujemy, aż cała masa będzie gładka. Sprawdzamy czy słodkość masy odpowiada gustom, ewentualnie dosładzamy lub nie i wrzucamy miskę do lodówki.
W tym czasie wylepiamy foremki do babeczek i wylepiamy ciastem. Pieczemy 20-25 minut, aż kolor się zmieni na złoty. Moje założenie było takie, żeby zrobić babeczki-miseczki. Niestety jak to z gotowym ciastem bywa, zachowuje się nieprzewidywalnie i po prostu zjechało, więc babeczki wyszły bez wysokich brzegów. Czekoladę topimy w kąpieli wodnej. Jak już wszystkie babeczki są gotowe i wystudzone, wyjmujemy masę z lodówki. Po kolei nakładamy na każda babeczkę łyżkę masy (chyba że zmieści się więcej), robimy kleksa z czekolady i posypujemy kolorową posypką. Na koniec jeszcze na godzinkę do lodówki i gotowe. Co prawda już nie takie szybkie, ale także smaczne i znikają w mgnieniu oka.

Dzieci tak bardzo nie mogły się ich doczekać, że nawet obiad zjadły bez marudzenia :) Smacznego!


Spóźnione z okazji Światowego Dnia Czekolady

Miało być wczoraj, ale wczorajszy dzień był zły. nawet nie tak zwyczajnie zły, ale bardzo zły. Taki z rodzaju: nic się nie udaje, nic nie wychodzi, nic się nie chce. Z racji, że wczoraj był taki dzień, uznałam że dodawanie czegokolwiek na bloga może mieć fatalne skutki i lepiej nie ryzykować.
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Czekolady. Mój cudowny kalendarz z kotem Simona nic o tym nie wspomina (a ma odnotowane takie święta jak dzień spania w miejscach publicznych czy dzień wiatru), ale wszyscy trąbili o tym na facebooku, więc coś musi być na rzeczy.

Ogółem mój plan na zrobienie bloku zrodził się już w weekend, zanim jeszcze cokolwiek o dniu czekolady wiedziałam. Otóż zadzwonił mój brat, który obecnie mieszka w Anglii, aby mama podała mu przepis na blok, bo on już chce zrobić, żeby na jego urodziny był gotowy. No i jak tak posłuchałam, to mi też ślinka pociekła. Bo blok to nie jest ciasto - w końcu się go nie piecze. Ale to też nie typowy deser, bo łyżeczką nie da rady go wcinać. Blok to blok. Zawsze na każde urodziny moje i moich braci, oraz z okazji świąt Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jest robiony blok. A w tym roku na moich urodzinach go nie było. Sama tak zdecydowałam, bo nie robiłam jak co roku dużej imprezy, to nie było sensu szykować góry jedzenia, żeby potem się marnowało. No ale jednak taka przerwa dłuższa dała się odczuć i uznałam, że blok musi być. Na szczęście, mimo pechowości wczorajszego dnia, blok jak zwykle się udał. Zresztą nie ma możliwości, żeby się nie udał. Ale potrzeba dużo miejsca w zamrażalniku - tak żeby keksówka się zmieściła. Chyba że robimy go w czasie jesiennych/zimowych/przedwiosennych chłodów, to wtedy może i być dobrze zabezpieczony na balkonie. I takie małe ostrzeżenie: jak robisz blok cała twoja dieta idzie w cholerę, a twoja godność razem z nią, ale o tym na koniec. W przepisie użyję zdjęć poglądowych i proszę się nie śmiać z mojej oldschoolowej miski, ona ma ponad 30 lat, szacunek jej się należy!

Potrzebne będą:
  • 2 szklanki mleka w proszku (w proszku, nie granulowanego - WAŻNE)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1 margaryna
  • 3 łyżki dobrego ciemnego kakao (takie z lekkim czubem)
  • 10-15 dag orzechów:
    • jakich komu pasuje, ja mieszam laskowe, włoskie i migdały, a raz nawet dodałam ziemne i też był boski,
    •  jest to zdecydowanie porcja umowna, ponieważ każdy sypie ile ma, ile mu pasuje lub ile woli
  • wafle suche tortowe
  • 3 paczki herbatników (petit lub inne bez dodatków, paczki takie podwójne, nie te maleńkie)
  • 100 ml wody
Do małego garnka wrzucamy margarynę (tak całą, można pokroić na kawałki, ale ja z reguły zostawiam w całości), kakao, 1 szklankę cukru i zagotować, aż się wszystko ładnie połączy. Co jakiś czas pomieszać, żeby się nie przypaliło. Na poparzone od łyżki usta polecam nałożyć solidną warstwę żelu dentystycznego lub aloesu i następnym razem zapamiętać, żeby pochuchać solidnie przed kolejnym podjadaniem.
Do dużej michy wsypujemy mleko w proszku, 0,5 szklanki cukru i wodę. Miksujemy aż wyjdzie gładka masa. Co jakiś czas trzeba dać odpocząć mikserowi, co by się nie spalił, bo może być ciężko. Jak już czekolada w garnku się ładnie wymieszała, to dodajemy jej po trochu do masy i miksujemy, aż do wykorzystania całej. Zbieramy masę z boków michy - NIE PALCAMI! - i miksujemy ponownie do gładkości.


Zanim przejdziemy do kolejnego punktu szykowania, trzeba przygotować blachę. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, lub śniadaniowym lub folią, tak żeby zapas wystawał po bokach (żeby potem można było blok tym zapasem nakryć), ładnie dociskamy do brzegów. Ma się nie ruszać. Na dno kładziemy pojedynczo obok siebie herbatniki (w całości), tak żeby mniej więcej spód keksówki był zakryty.

Jak to już zrobione, to pozostałe herbatniki lekko ściskamy dłonią (żeby się połamały na kawałki) i wrzucamy wszystkie do masy. Dorzucamy orzechy, zgodnie z preferencjami i upodobaniem - np. po garści każdego rodzaju. W całości, ewentualnie można włoskie połamać na mniejsze, ale bez przesady. Bierzemy dwa wafle z paczki, łamiemy na kawałki tak jak herbatniki i wrzucamy do michy.





I teraz nasza cała godność idzie w cholerę, bo trzeba to wszystko pięknie wymieszać. Pięknie się nie da, bo nawet przy profesjonalnym sprzęcie i tak się upaprzesz czekoladą, więc nie ma sensu się starać. Dieta idzie zaraz za nią, bo jeszcze zanim jest dobrze wymieszane, zaczynasz powoli podpróbowywać, a to orzeszka, a to wafelka czy herbatnika. Sprawdzamy jak to wygląda. Jak widać dużo czekolady - w sensie mieszanka dodatków jest nie tyle nią pokryta, co w niej jeszcze pływa lub jeszcze nią ocieka, to dokładamy kolejnego wafla i kolejnego. Gotowe będzie jak nam się ładnie pokryje wszystko czekoladą, ale nie będzie ona ściekać, kapać itp.





Zaczynamy powoli przekładać masę do keksówki. Po jednej łyżce, tak żeby dno się zakryło równomiernie. Bierzemy do ręki tłuczek kuchenny (jakby ktoś miał wątpliwości o jaki mi chodzi, to po kliknięciu w tłuczek wyskoczy wam obrazek jaki) i ładnie wszystko ugniatamy na równo, tak żeby wszystkie przestrzenie zostały wypełnione zgniecioną masą. Kładziemy kolejną warstwę i znowu ugniatamy. Ugniatamy solidnie, żeby i blok był spójny (dlatego nie może być za dużo "luźnej" czekolady bo inaczej będzie się rozpadał) i jak najwięcej się zmieściło. Wykładamy do czasu wykończenia masy lub keksówki. Moja ma 40 cm i choć z reguły to masa wykańcza się pierwsza (wspomagana przez wcześniejsze podjadanie), to raz z bratem przesadziliśmy i zostało nam jeszcze sporo w misce. Oboje byliśmy już wtedy pełnoletni, ale po zakończeniu wyglądaliśmy jak dzieciaki, które dobrały się do słoika nutelli lub zapasów czekolady w barku. Nie tylko ręce ale i twarze mieliśmy całe w czekoladzie.

Ugnieciony w keksówce blok zawijamy w wystającą folię/papier i wkładamy do zamrażalnika (lub na balkon - wtedy radziłabym zabezpieczyć jeszcze dwoma torbami).



Niech sobie poleży nockę przynajmniej, ale jak poleży i tydzień, to nic mu nie będzie. Idealny jak ma się czas kilka dni przed (np. świętami), bo na dzień przed planowaną imprezą jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.

Jak już się wyleżakuje i ładnie stwardnieje, to można zabrać się do szamania. I tu jest odpowiedź na pytanie po co papie czy folia. Otóż zamarznięty blok nie tak łatwo da się wyłuskać z keksówki, z papierem jest po prostu wygodniej go wyszarpać. Do pokrojenia też radziłabym użyć grubszego noża, przy takim natężeniu dodatków pokrojenie go wymaga nie lada siły. Ale wszelkie te trudy warte są tego smaku. Po dwóch kawałkach zdrowy rozsądek woła dość, ale mózg ma ochotę na więcej i więcej. I tym sposobem wcinamy milion kalorii, ale kto by się tym przejmował :) Smacznego!