Choć uwielbiam muffinki, nie robię ich za często, a jeśli już to jednak wolę sprawdzone przepisy. Prawdopodobnie wynika to z tego, że łatwo je zepsuć. Gdy pierwszy raz zrobiłam muffinki, wyszły z zakalcem, a zjedzenie 12 sztuk samodzielnie (nie było nikogo do pomocy) trwało tydzień. Dzisiejsze jednak wyszły mi dokładnie tak, jak powinny.Są wyjątkowo słodkie, z dużą dozą alkoholu, więc ostrożnie z dawaniem im dzieciom. Jak się bawić, to z rozmachem. Dzisiejszy przepis był przeze mnie testowany w Sylwestra dwa lata temu i wyszedł perfekcyjnie. W moich blachach i papilotkach wychodzi ich 16, choć w oryginalnym przepisie (w gazetce Ciasta i Desery) jest podane, że na 12 sztuk (pewnie w rozmiarze amerykańskim). Przepis podaję z moimi modyfikacjami:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
Strucla last minute!
Notka miała być wczoraj, ale niestety przez te zimowe roztopy rozłożyła mnie choroba. Ale nie martwcie się, nawet jeśli zabierzecie się za struclę z dzisiejszego przepisu jutro rano, na pewno zdążycie przed pierwszą gwiazdką. Idealny przepis dla tych, którzy jednak się z pieczeniem nie wyrobili. U mnie w domu to obowiązkowy punkt na Wigilię. Ponieważ jest postna, cały dzień się nią zajadamy, żeby dotrwać jakoś do wieczerzy. Z porcji wychodzą 2 strucle: jedna zostaje u nas, a druga wędruje do mojego brata.
Francuski chlebek z bakaliami
Brat przyjechał z Londynu i powiedział, że koniecznie muszę zrobić francuski chlebek z rodzynkami i orzechami. Że pycha, je się bez niczego, w ogóle cud, mód i orzeszki. No to jak taki dobry, to chyba trzeba wypróbować. Zapomniał tylko powiedzieć, że chlebek wychodzi bardzo piernikowy. Gdybym wiedziała, dodałabym jeszcze łyżeczkę przyprawy korzennej. Niezbyt przepadam za rodzynkami, więc domowy zapas nie jest często uzupełniany i okazało się, że mam ich trochę za mało. Użyłam więc suszonej żurawiny, którą wymieszałam z rodzynkami. Ciasto jest "muffinkowe" czy standardowo: suche z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec szybkie mieszanie + dodatki i do nagrzanego piekarnika. Ale zanim podam przepis na chlebek, zacznę od musu jabłkowego, który jest do niego potrzebny. Jakimś cudem te 20 kg jabłek, które mama przywiozła od rodziny po 1 listopada, praktycznie wyparowały. W ciągu dwóch tygodni. Mój tata zjada ich ogromne ilości. Na szczęście kilka się ostało, w sam raz na moje potrzeby.
Etykiety:
bakalie,
chlebek na słodko,
cynamon,
dla cierpliwych,
jabłka,
korzenne,
orzechy
Ciasteczka z ziarnami vol. 2
U mnie w domu najszybciej schodzą właśnie ciasteczka. Ciasto czasem może leżeć i leżeć, ale jak się do ciastek rodzinka dorwie, to pod koniec dnia śladu po nich nie ma. Jedyny sposób to po upieczeniu schować je do innego pokoju, a gdy wystygną, szybko do szczelnego pudełka i zachomikować w jakiejś szafce. Nie zawsze skutkuje, bo u mnie to rodzinne, że każdy w mig wyniucha, gdzie są upatrzone przekąski, ale jak się często schowki zmienia, to czasem coś zostanie. Już kilka razy miałam sytuację, że mam gości, chcę wyjąć do kawy ciasteczka, a tam pusta pucha. Dlatego z reguły robiąc jakiekolwiek przysmaki, produkujemy je w masowych ilościach. Skutkuje to siedzeniem w kuchni po 3 godziny, ale przynajmniej mam pewność, że jakiś ułamek z tych 60-80 ciastek zostanie :) Poprzednie ciastka były rozlewane, ale kiedyś mama robiła z ciasta ugniatanego. Po przejrzeniu wszystkich zeszytów i karteluszek, w końcu udało nam się znaleźć TEN właściwy. Tak jak poprzednie te też nie są mocno słodkie. Dobór ziaren zależy od upodobań, ja zastosowałam sprawdzoną, ulubioną mieszankę.
Ciasteczka kombinowane
Właściwie to już dawno temu miałam je zrobić. Różne rodzaje ziaren czekały kupione w szafce, aż będę miała chwilę czasu, ale zawsze coś innego wpadało. Dziś też nie byłam pewna, czy damy radę je zrobić, bo jechaliśmy z rodzicami na grzyby i pobudka była o 5 rano. A po powrocie mieliśmy jeszcze masę rzeczy do zrobienia w domu. Na szczęście krótka drzemka popołudniowa trochę przywróciła mnie do stanu używalności i jednak ciasteczka powstały. Co prawda nie do końca takie, jak miały być, ale też smaczne. Można je nazwać "ciastka na winie", bo co się nawinie to do ciastek :)
Dyniowa pora
Są dosłownie wszędzie. Zerkają z targowego stoiska, mrugają z półki w markecie i puszą się z koszyka w osiedlowym sklepie. Z dyniowatych najczęściej wykorzystuję cukinię i kabaczka, które moja rodzina uprawia w ilościach (i wielkościach) masowych. Ale dynia tak kusiła i kusiła, że w końcu namówiła. Z dynią jak z arbuzem - nie da się kupić tak całkiem malutkiej. Mi się udało trafić 2 kg, co oznacza że na jednym przepisie się nie skończy. Na początek przepis w stylu bananowca, ale zamiast bananów jest świeża dynia, pestki z dyni i orzechy włoskie. Z delikatną nutą imbiru, lekko szczypiącą w język. Wykorzystałam do niego surową dynię, którą utarłam na drobnej tarce. To dopiero jest wyzwanie, szczególnie gdy dynia co chwila wyślizguje się z ręki. Ciasto ma formę zakalcowatego, ale nie jest zakalcem (tak jak brownie). Jest wyjątkowo mokre i lepkie, ale to z powodu ilości i formy użytej dyni.
Snikers
Super słodkie ciasta robię dość rzadko. Głównie ze względu na mojego tatę, który jako cukrzyk musi pilnować poziomu cukru. Z tego względu my też ograniczamy mega słodkie rzeczy, żeby jemu pod nosem tym nie machać, kiedy z mamą się zajadamy. Ale od czasu do czasu można, szczególnie w taki dzień jak dziś. Kiedy jest szaro, zimno i deszczowo tylko coś słodkiego pomoże podnieść ciśnienie. Ogółem przymierzałam się do Snikersa już kilka razy, ale zawsze mnie zniechęcało samo przeczytanie przepisu. W praktyce okazało się jednak, że tak dużo roboty z nim nie ma, szczególnie jeśli ma się dodatkową parę rąk do pomocy. Ciasto jest słodkie, ale zjadalne jak tort. Jeden kawałek na kilka godzin wystarczy :) Jak ktoś nie ma trzech identycznych blaszek (u mnie każda inna), to blachę najlepiej wyłożyć papierem do pieczenia - łatwo wtedy wyjąć ciasto bez uszkodzenia go. W takim przypadku trzeba sobie dokładnie zapamiętać/zapisać ile poszczególne blaty leżały w piekarniku, żeby odpowiedni kolorek miały. Ja oczywiście o tym nie pomyślałam, piekłam na czuja i przy trzecim za długo go trzymałam. Na szczęście się nie spalił, a jedynie mocniej zarumienił. Smak wyszedł taki sam jak dwóch pozostałych, więc jest ok :)
Ciasto:
Krem II: puszka skondensowanego mleka słodzonego
Na początek wkładamy puszkę z mlekiem do gara, zalewamy wodą i gotujemy przez 3 godziny pod przykryciem. W razie czego dolewamy gorącej wody. Po 3 godzinach puszkę wyjmujemy i odkładamy do ostygnięcia. Można się zabierać za ciasto.
Mąkę mieszamy z sodą oczyszczoną i przesiewamy na stolnicę. Wrzucamy na to margarynę i siekamy na drobno. Dokładamy pozostałe składniki na ciasto i dokładnie zagniatamy. Dzielimy na trzy części.
Składniki na polewę wrzucamy do rondla, podgrzewamy aż się wszystko ładnie połączy i wymiesza i gotowe.
Dla posiadających trzy takie same blachy (gdzie wy to trzymacie?) - każdą blachę wylepiamy ciastem. Na jeden blat wylewamy równomiernie polewę. Wkładamy wszystko razem do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy, aż się ładnie zrumieni na złoto.
Dla posiadających jedynie jedną 20x30 cm lub podobną: blachę wykładamy papierem do pieczenia, tak żeby boki wystawały ponad krawędzie blachy i wylepiamy ciastem. Pieczemy jakieś 10 minut w 180 stopniach, aż się ładnie zrumieni. Przy pomocy drugiej osoby wyciągamy ciasto za pomocą wystającego papieru. Wykładamy kolejnym arkuszem, wylepiamy ciastem i do pieca. Zasada ta sama. Na końcu pieczemy blat z wylaną na wierzchu polewą orzechową. Ten musi posiedzieć chwilkę dłużej (myślę że 15 minut mu wystarczy). Dajemy mu wystygnąć na blaszce.
Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, ale używając o 1/3 mleka mniej.
Na pierwszy blat kładziemy budyń. Na drugi kajmak z puszki - czyli to ugotowane mleko. Na koniec przykrywamy trzecim blatem. Tylko wyjmijcie wcześniej spod nich papier :P Ciacho niech sobie chwilę poleży i ustabilizuje. Jeśli zrobicie je rano, przed obiadem, to na popołudniową kawkę będzie już gotowe.
Moja górna warstwa wygląda trochę jak od murzynka.
Kajmak w cieple lubi uciekać
Smacznego!
Ciasto:
- 60 dag mąki
- 3/4 szklanki cukru
- 2 jajka
- 2 żółtka
- 20 dag margaryny
- 3 łyżki mleka
- 3 łyżki miodu
- 2 łyżeczki sody
- 1 opakowanie cukru wanilinowego
- 1/2 kostki margaryny
- 4 łyżki cukru
- 2 łyżki miodu
- 20 dag posiekanych orzechów włoskich
Krem II: puszka skondensowanego mleka słodzonego
Na początek wkładamy puszkę z mlekiem do gara, zalewamy wodą i gotujemy przez 3 godziny pod przykryciem. W razie czego dolewamy gorącej wody. Po 3 godzinach puszkę wyjmujemy i odkładamy do ostygnięcia. Można się zabierać za ciasto.
Mąkę mieszamy z sodą oczyszczoną i przesiewamy na stolnicę. Wrzucamy na to margarynę i siekamy na drobno. Dokładamy pozostałe składniki na ciasto i dokładnie zagniatamy. Dzielimy na trzy części.
Składniki na polewę wrzucamy do rondla, podgrzewamy aż się wszystko ładnie połączy i wymiesza i gotowe.
Dla posiadających trzy takie same blachy (gdzie wy to trzymacie?) - każdą blachę wylepiamy ciastem. Na jeden blat wylewamy równomiernie polewę. Wkładamy wszystko razem do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy, aż się ładnie zrumieni na złoto.
Dla posiadających jedynie jedną 20x30 cm lub podobną: blachę wykładamy papierem do pieczenia, tak żeby boki wystawały ponad krawędzie blachy i wylepiamy ciastem. Pieczemy jakieś 10 minut w 180 stopniach, aż się ładnie zrumieni. Przy pomocy drugiej osoby wyciągamy ciasto za pomocą wystającego papieru. Wykładamy kolejnym arkuszem, wylepiamy ciastem i do pieca. Zasada ta sama. Na końcu pieczemy blat z wylaną na wierzchu polewą orzechową. Ten musi posiedzieć chwilkę dłużej (myślę że 15 minut mu wystarczy). Dajemy mu wystygnąć na blaszce.
Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, ale używając o 1/3 mleka mniej.
Na pierwszy blat kładziemy budyń. Na drugi kajmak z puszki - czyli to ugotowane mleko. Na koniec przykrywamy trzecim blatem. Tylko wyjmijcie wcześniej spod nich papier :P Ciacho niech sobie chwilę poleży i ustabilizuje. Jeśli zrobicie je rano, przed obiadem, to na popołudniową kawkę będzie już gotowe.
Moja górna warstwa wygląda trochę jak od murzynka.
Kajmak w cieple lubi uciekać
Smacznego!
Spóźnione z okazji Światowego Dnia Czekolady
Miało być wczoraj, ale wczorajszy dzień był zły. nawet nie tak zwyczajnie zły, ale bardzo zły. Taki z rodzaju: nic się nie udaje, nic nie wychodzi, nic się nie chce. Z racji, że wczoraj był taki dzień, uznałam że dodawanie czegokolwiek na bloga może mieć fatalne skutki i lepiej nie ryzykować.
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Czekolady. Mój cudowny kalendarz z kotem Simona nic o tym nie wspomina (a ma odnotowane takie święta jak dzień spania w miejscach publicznych czy dzień wiatru), ale wszyscy trąbili o tym na facebooku, więc coś musi być na rzeczy.
Ogółem mój plan na zrobienie bloku zrodził się już w weekend, zanim jeszcze cokolwiek o dniu czekolady wiedziałam. Otóż zadzwonił mój brat, który obecnie mieszka w Anglii, aby mama podała mu przepis na blok, bo on już chce zrobić, żeby na jego urodziny był gotowy. No i jak tak posłuchałam, to mi też ślinka pociekła. Bo blok to nie jest ciasto - w końcu się go nie piecze. Ale to też nie typowy deser, bo łyżeczką nie da rady go wcinać. Blok to blok. Zawsze na każde urodziny moje i moich braci, oraz z okazji świąt Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jest robiony blok. A w tym roku na moich urodzinach go nie było. Sama tak zdecydowałam, bo nie robiłam jak co roku dużej imprezy, to nie było sensu szykować góry jedzenia, żeby potem się marnowało. No ale jednak taka przerwa dłuższa dała się odczuć i uznałam, że blok musi być. Na szczęście, mimo pechowości wczorajszego dnia, blok jak zwykle się udał. Zresztą nie ma możliwości, żeby się nie udał. Ale potrzeba dużo miejsca w zamrażalniku - tak żeby keksówka się zmieściła. Chyba że robimy go w czasie jesiennych/zimowych/przedwiosennych chłodów, to wtedy może i być dobrze zabezpieczony na balkonie. I takie małe ostrzeżenie: jak robisz blok cała twoja dieta idzie w cholerę, a twoja godność razem z nią, ale o tym na koniec. W przepisie użyję zdjęć poglądowych i proszę się nie śmiać z mojej oldschoolowej miski, ona ma ponad 30 lat, szacunek jej się należy!
Potrzebne będą:
Do dużej michy wsypujemy mleko w proszku, 0,5 szklanki cukru i wodę. Miksujemy aż wyjdzie gładka masa. Co jakiś czas trzeba dać odpocząć mikserowi, co by się nie spalił, bo może być ciężko. Jak już czekolada w garnku się ładnie wymieszała, to dodajemy jej po trochu do masy i miksujemy, aż do wykorzystania całej. Zbieramy masę z boków michy - NIE PALCAMI! - i miksujemy ponownie do gładkości.
Zanim przejdziemy do kolejnego punktu szykowania, trzeba przygotować blachę. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, lub śniadaniowym lub folią, tak żeby zapas wystawał po bokach (żeby potem można było blok tym zapasem nakryć), ładnie dociskamy do brzegów. Ma się nie ruszać. Na dno kładziemy pojedynczo obok siebie herbatniki (w całości), tak żeby mniej więcej spód keksówki był zakryty.
Jak to już zrobione, to pozostałe herbatniki lekko ściskamy dłonią (żeby się połamały na kawałki) i wrzucamy wszystkie do masy. Dorzucamy orzechy, zgodnie z preferencjami i upodobaniem - np. po garści każdego rodzaju. W całości, ewentualnie można włoskie połamać na mniejsze, ale bez przesady. Bierzemy dwa wafle z paczki, łamiemy na kawałki tak jak herbatniki i wrzucamy do michy.
I teraz nasza cała godność idzie w cholerę, bo trzeba to wszystko pięknie wymieszać. Pięknie się nie da, bo nawet przy profesjonalnym sprzęcie i tak się upaprzesz czekoladą, więc nie ma sensu się starać. Dieta idzie zaraz za nią, bo jeszcze zanim jest dobrze wymieszane, zaczynasz powoli podpróbowywać, a to orzeszka, a to wafelka czy herbatnika. Sprawdzamy jak to wygląda. Jak widać dużo czekolady - w sensie mieszanka dodatków jest nie tyle nią pokryta, co w niej jeszcze pływa lub jeszcze nią ocieka, to dokładamy kolejnego wafla i kolejnego. Gotowe będzie jak nam się ładnie pokryje wszystko czekoladą, ale nie będzie ona ściekać, kapać itp.
Zaczynamy powoli przekładać masę do keksówki. Po jednej łyżce, tak żeby dno się zakryło równomiernie. Bierzemy do ręki tłuczek kuchenny (jakby ktoś miał wątpliwości o jaki mi chodzi, to po kliknięciu w tłuczek wyskoczy wam obrazek jaki) i ładnie wszystko ugniatamy na równo, tak żeby wszystkie przestrzenie zostały wypełnione zgniecioną masą. Kładziemy kolejną warstwę i znowu ugniatamy. Ugniatamy solidnie, żeby i blok był spójny (dlatego nie może być za dużo "luźnej" czekolady bo inaczej będzie się rozpadał) i jak najwięcej się zmieściło. Wykładamy do czasu wykończenia masy lub keksówki. Moja ma 40 cm i choć z reguły to masa wykańcza się pierwsza (wspomagana przez wcześniejsze podjadanie), to raz z bratem przesadziliśmy i zostało nam jeszcze sporo w misce. Oboje byliśmy już wtedy pełnoletni, ale po zakończeniu wyglądaliśmy jak dzieciaki, które dobrały się do słoika nutelli lub zapasów czekolady w barku. Nie tylko ręce ale i twarze mieliśmy całe w czekoladzie.
Ugnieciony w keksówce blok zawijamy w wystającą folię/papier i wkładamy do zamrażalnika (lub na balkon - wtedy radziłabym zabezpieczyć jeszcze dwoma torbami).
Niech sobie poleży nockę przynajmniej, ale jak poleży i tydzień, to nic mu nie będzie. Idealny jak ma się czas kilka dni przed (np. świętami), bo na dzień przed planowaną imprezą jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.
Jak już się wyleżakuje i ładnie stwardnieje, to można zabrać się do szamania. I tu jest odpowiedź na pytanie po co papie czy folia. Otóż zamarznięty blok nie tak łatwo da się wyłuskać z keksówki, z papierem jest po prostu wygodniej go wyszarpać. Do pokrojenia też radziłabym użyć grubszego noża, przy takim natężeniu dodatków pokrojenie go wymaga nie lada siły. Ale wszelkie te trudy warte są tego smaku. Po dwóch kawałkach zdrowy rozsądek woła dość, ale mózg ma ochotę na więcej i więcej. I tym sposobem wcinamy milion kalorii, ale kto by się tym przejmował :) Smacznego!
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Czekolady. Mój cudowny kalendarz z kotem Simona nic o tym nie wspomina (a ma odnotowane takie święta jak dzień spania w miejscach publicznych czy dzień wiatru), ale wszyscy trąbili o tym na facebooku, więc coś musi być na rzeczy.
Ogółem mój plan na zrobienie bloku zrodził się już w weekend, zanim jeszcze cokolwiek o dniu czekolady wiedziałam. Otóż zadzwonił mój brat, który obecnie mieszka w Anglii, aby mama podała mu przepis na blok, bo on już chce zrobić, żeby na jego urodziny był gotowy. No i jak tak posłuchałam, to mi też ślinka pociekła. Bo blok to nie jest ciasto - w końcu się go nie piecze. Ale to też nie typowy deser, bo łyżeczką nie da rady go wcinać. Blok to blok. Zawsze na każde urodziny moje i moich braci, oraz z okazji świąt Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jest robiony blok. A w tym roku na moich urodzinach go nie było. Sama tak zdecydowałam, bo nie robiłam jak co roku dużej imprezy, to nie było sensu szykować góry jedzenia, żeby potem się marnowało. No ale jednak taka przerwa dłuższa dała się odczuć i uznałam, że blok musi być. Na szczęście, mimo pechowości wczorajszego dnia, blok jak zwykle się udał. Zresztą nie ma możliwości, żeby się nie udał. Ale potrzeba dużo miejsca w zamrażalniku - tak żeby keksówka się zmieściła. Chyba że robimy go w czasie jesiennych/zimowych/przedwiosennych chłodów, to wtedy może i być dobrze zabezpieczony na balkonie. I takie małe ostrzeżenie: jak robisz blok cała twoja dieta idzie w cholerę, a twoja godność razem z nią, ale o tym na koniec. W przepisie użyję zdjęć poglądowych i proszę się nie śmiać z mojej oldschoolowej miski, ona ma ponad 30 lat, szacunek jej się należy!
Potrzebne będą:
- 2 szklanki mleka w proszku (w proszku, nie granulowanego - WAŻNE)
- 1,5 szklanki cukru
- 1 margaryna
- 3 łyżki dobrego ciemnego kakao (takie z lekkim czubem)
- 10-15 dag orzechów:
- jakich komu pasuje, ja mieszam laskowe, włoskie i migdały, a raz nawet dodałam ziemne i też był boski,
- jest to zdecydowanie porcja umowna, ponieważ każdy sypie ile ma, ile mu pasuje lub ile woli
- wafle suche tortowe
- 3 paczki herbatników (petit lub inne bez dodatków, paczki takie podwójne, nie te maleńkie)
- 100 ml wody
Do dużej michy wsypujemy mleko w proszku, 0,5 szklanki cukru i wodę. Miksujemy aż wyjdzie gładka masa. Co jakiś czas trzeba dać odpocząć mikserowi, co by się nie spalił, bo może być ciężko. Jak już czekolada w garnku się ładnie wymieszała, to dodajemy jej po trochu do masy i miksujemy, aż do wykorzystania całej. Zbieramy masę z boków michy - NIE PALCAMI! - i miksujemy ponownie do gładkości.
Zanim przejdziemy do kolejnego punktu szykowania, trzeba przygotować blachę. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, lub śniadaniowym lub folią, tak żeby zapas wystawał po bokach (żeby potem można było blok tym zapasem nakryć), ładnie dociskamy do brzegów. Ma się nie ruszać. Na dno kładziemy pojedynczo obok siebie herbatniki (w całości), tak żeby mniej więcej spód keksówki był zakryty.
Jak to już zrobione, to pozostałe herbatniki lekko ściskamy dłonią (żeby się połamały na kawałki) i wrzucamy wszystkie do masy. Dorzucamy orzechy, zgodnie z preferencjami i upodobaniem - np. po garści każdego rodzaju. W całości, ewentualnie można włoskie połamać na mniejsze, ale bez przesady. Bierzemy dwa wafle z paczki, łamiemy na kawałki tak jak herbatniki i wrzucamy do michy.
I teraz nasza cała godność idzie w cholerę, bo trzeba to wszystko pięknie wymieszać. Pięknie się nie da, bo nawet przy profesjonalnym sprzęcie i tak się upaprzesz czekoladą, więc nie ma sensu się starać. Dieta idzie zaraz za nią, bo jeszcze zanim jest dobrze wymieszane, zaczynasz powoli podpróbowywać, a to orzeszka, a to wafelka czy herbatnika. Sprawdzamy jak to wygląda. Jak widać dużo czekolady - w sensie mieszanka dodatków jest nie tyle nią pokryta, co w niej jeszcze pływa lub jeszcze nią ocieka, to dokładamy kolejnego wafla i kolejnego. Gotowe będzie jak nam się ładnie pokryje wszystko czekoladą, ale nie będzie ona ściekać, kapać itp.
Zaczynamy powoli przekładać masę do keksówki. Po jednej łyżce, tak żeby dno się zakryło równomiernie. Bierzemy do ręki tłuczek kuchenny (jakby ktoś miał wątpliwości o jaki mi chodzi, to po kliknięciu w tłuczek wyskoczy wam obrazek jaki) i ładnie wszystko ugniatamy na równo, tak żeby wszystkie przestrzenie zostały wypełnione zgniecioną masą. Kładziemy kolejną warstwę i znowu ugniatamy. Ugniatamy solidnie, żeby i blok był spójny (dlatego nie może być za dużo "luźnej" czekolady bo inaczej będzie się rozpadał) i jak najwięcej się zmieściło. Wykładamy do czasu wykończenia masy lub keksówki. Moja ma 40 cm i choć z reguły to masa wykańcza się pierwsza (wspomagana przez wcześniejsze podjadanie), to raz z bratem przesadziliśmy i zostało nam jeszcze sporo w misce. Oboje byliśmy już wtedy pełnoletni, ale po zakończeniu wyglądaliśmy jak dzieciaki, które dobrały się do słoika nutelli lub zapasów czekolady w barku. Nie tylko ręce ale i twarze mieliśmy całe w czekoladzie.
Ugnieciony w keksówce blok zawijamy w wystającą folię/papier i wkładamy do zamrażalnika (lub na balkon - wtedy radziłabym zabezpieczyć jeszcze dwoma torbami).
Niech sobie poleży nockę przynajmniej, ale jak poleży i tydzień, to nic mu nie będzie. Idealny jak ma się czas kilka dni przed (np. świętami), bo na dzień przed planowaną imprezą jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.
Jak już się wyleżakuje i ładnie stwardnieje, to można zabrać się do szamania. I tu jest odpowiedź na pytanie po co papie czy folia. Otóż zamarznięty blok nie tak łatwo da się wyłuskać z keksówki, z papierem jest po prostu wygodniej go wyszarpać. Do pokrojenia też radziłabym użyć grubszego noża, przy takim natężeniu dodatków pokrojenie go wymaga nie lada siły. Ale wszelkie te trudy warte są tego smaku. Po dwóch kawałkach zdrowy rozsądek woła dość, ale mózg ma ochotę na więcej i więcej. I tym sposobem wcinamy milion kalorii, ale kto by się tym przejmował :) Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








