Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla cierpliwych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla cierpliwych. Pokaż wszystkie posty

Najważniejszy syrop w mojej spiżarni

Tegoroczne lato minęło tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy. Może dlatego, że lipiec był wyjątkowo zimny i deszczowy, co niestety nie pozostało bez wpływu na rośliny. Udało mi się jednak zrobić dość sporo przetworów, bo jak co roku, w tym także prawie nie wychodziłam z kuchni. W mieszkaniu mam sporą spiżarkę, w której mieści się mnóstwo słoików, więc staram się jak najbardziej wykorzystać letni sezon, żeby ją zapełnić. Dzięki temu zimą nie muszę wydawać pieniędzy na rzeczy, których składu i smaku nie jestem pewna.

Syrop z czarnego bzu to jeden z takich przetworów, którego sklepowa jakość jest moim zdaniem bardzo wątpliwa. Wolę zrobić go samodzielnie, choć wymaga sporo pracy i dobrego wzroku, ale jest tego wart.


fot. Pixabay

Wiesz, ja to jeszcze sobie wezmę dokładkę...

Uwielbiam zupy. Choć rosół nie za bardzo, ale inne, wykonanie na jego bazie, zawsze chętnie zjadam. Oczywiście to już nie te czasy, kiedy na stole zawsze musiał być dwudaniowy obiad. Nie tylko nie mam czasu, aby się w to bawić, ale też staram się robić takie dania, żeby jedna ich porcja wystarczyła za cały obiad. Jest jednak taka zupa, która jest sycąca, ale jednocześnie tak smaczna, że trudno poprzestać na jednym talerzu. Gdy mieszkałam z rodzicami, zawsze robiony był pełen gar fasolki po bretońsku, bo każde z nas: moi rodzice, bracia i ja, braliśmy jeszcze dokładkę. A jeśli zostało, to wykańczaliśmy ją na kolację. Do tego była gruba kromka świeżego, chrupiącego chleba (mój brat kroił taką na prawie pół bochenka, bo co będzie trzy razy do chlebaka chodził) i przepis na idealny obiad gotowy. I w dodatku całkiem niedrogi w wykonaniu. Należy tylko pamiętać, że fasolę trzeba namoczyć dzień wcześniej, inaczej nie będzie się nadawała do jedzenia. Z podanej porcji wychodzi dość spory gar zupy, więc z reguły przygotowuję ją na dwa dni.

Sezon grzybowy rozpoczęty!

Jak u was z sezonem grzybowym? Wybraliście się już do lasu? Jeszcze nie tak dawno temu jeździłam nawet kilka razy w tygodniu do lasu zbierać grzyby, teraz niestety pozostają mi tylko weekendy. Mimo zimna i niepewnej pogody, grzybobranie to moja najulubieńsza rozrywka jesienna. I nawet poranne wstawanie mi nie przeszkadza. Choćbym nie wiadomo jak niewyspana była, grzyby mają priorytet. W zeszłym roku, w październiku wybraliśmy się z rodzicami na grzyby tak wcześnie, że gdy dojechaliśmy do lasy, wciąż było ciemno! I siedzieliśmy w tym aucie jak sieroty, czekając na wschód słońca. Wschodu nie doczekaliśmy, bo przyjechał kolejny grzybiarz, który najwidoczniej miał latarkę. Ubrał gumowce i poszedł w las. Na mój oburzony okrzyk "wyzbiera nam wszystkie prawdziwki!", postanowiliśmy wejść w las. Nie ważne, że niewiele było widać. W tej porannej szarudze udało mi się potknąć o zajączka (w sensie grzyba, nie futerkowca), a obok nogi taty znalazłam kolejnego. I nawet parę grzybków utrafiliśmy.

Pourodzinowo

Znowu zaległości mi się na blogu narobiły. Staż zamienił się już w stałą pracę, więc obowiązków też mi przybyło. A moje dotąd dość spokojnie życie towarzyskie nagle stało się wyjątkowo intensywne. W domu jestem ledwo gościem i tak jak zdarza mi się piec i gotować, tak już czasu mi brakuje, żeby tu zamieścić. Ale się staram wszystko pogodzić i w końcu mi się uda wszystko rozplanować w czasie.

A konia widział? To wygląda jak koń, ino że w paski!

Co prawda moja Zebra jednak do konia wcale nie podobna, ale na pewno też lepiej smakuje ;)

Długo się do tego ciasta przymierzałam. Znaczenie odbiega od moich standardowych - na szybko, z małą ilością składników, z krótkim czasem pieczenia. Z tym przepisem jest zupełnie na odwrót. A do tego wymaga dużo cierpliwości i na pewno nie nadaje się dla osób, które uwielbiają sterylny porządek. Mi co chwila coś się rozlewa, rozsypuje czy rozpada, więc kuchnia, po włożeniu ciasta do piekarnika, wyglądała jak pobojowisko. Do tego jeszcze jakimś cudem otworzyła mi się tortownica i trochę ciasta się ulało. Na szczęście nie na tyle, żeby z niego nic nie wyszło. Ale zmywania i sprzątania było sporo. Jednak efekt wart jest tych kilku niedogodności.

Zaczyna się

Początek marca to bardzo intensywny okres dla każdego hodowcy chili. Moje nasionka wsiałam na początku lutego i po podliczeniu wszystkich okazało się, że mam 23 gatunki! Choć miałam bardzo zły humor, kiedy okazało się, że torebka z nasionkami Bulgarian Carrot, firmowana nazwiskiem Jamiego Olivera, nie zawierała nawet jednego nasiona! Przeciętnie 30 w torebce, moja była pusta! Nie fajnie. Na szczęście pozostałe torebki były już z zawartością. I oczywiście zasiałam także papryki, które miałam już w poprzednich latach. Jak tylko w lato papryki osiągnęły dojrzałość, wybrałam najładniejsze owoce z każdego krzaka i ususzyłam je w całości. Kiedy przyszło do siania, po prostu przełamywałam owoc na pół i wysypywałam nasionka. Ja zawsze sieję na początku lutego, ponieważ w razie gdyby jakiś gatunek nie wyrósł, mam jeszcze czas na dosianie. Jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z chili, to jeszcze spokojnie zdąży :)

To już ten czas...

Święta coraz bliżej i w każdym sklepie torturują ludzi "Last Christmas". Spędziłam dziś na zakupach 4 godziny. Mój kręgosłup do tej tej pory głośno wyraża swoje niezadowolenie z takiego traktowania. Wróciłam do domu obładowana jak wielbłąd w karawanie. I w ciągu tych 4 godzin, "Last Christmas" słyszałam chyba 8 razy! Jest to najbardziej znienawidzony przeze mnie utwór świąteczny.

Bułeczki od Niebieskiej Łyżki

W notce powitalnej na blogu napisałam, że pewnie zdarzy mi się podawać przepisy z innych blogów kulinarnych. Tak właśnie będzie dzisiaj. Na Blue Spoon trafiłam, gdy szukałam jakiegoś ciekawego przepisu na zupę-krem z pora. Co prawda w końcu zrobiłam ją w wersji kombinowanej, zupełnie inaczej niż w przepisie, który tam znalazłam, ale blog od tej pory stał się jednym z tych, które lubiłam odwiedzać co najmniej raz w tygodniu. Przepisy podawane na nim są proste i przepyszne. Zupa-krem z cukinii odczarowała dla mnie to warzywo, dzięki czemu wreszcie je polubiłam. Jeśli szukam jakiegoś przepisu na muffinki, to najczęściej najpierw zaglądam właśnie tam. Wypróbowałam wiele z jej przepisów, ale dziś podam wam ten, którym jestem szczególnie zachwycona. Właściwie to przepis, który ktoś wysłał do niej na konkurs, ale gdyby nie Blue Spoon, nigdy bym go nie wypróbowała. Robiłam już wielokrotnie, więc u mnie także przeszedł drobną modyfikację. Oryginalny znajdziecie tutaj.

Francuski chlebek z bakaliami

Brat przyjechał z Londynu i powiedział, że koniecznie muszę zrobić francuski chlebek z rodzynkami i orzechami. Że pycha, je się bez niczego, w ogóle cud, mód i orzeszki. No to jak taki dobry, to chyba trzeba wypróbować. Zapomniał tylko powiedzieć, że chlebek wychodzi bardzo piernikowy. Gdybym wiedziała, dodałabym jeszcze łyżeczkę przyprawy korzennej. Niezbyt przepadam za rodzynkami, więc domowy zapas nie jest często uzupełniany i okazało się, że mam ich trochę za mało. Użyłam więc suszonej żurawiny, którą wymieszałam z rodzynkami. Ciasto jest "muffinkowe" czy standardowo: suche z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec szybkie mieszanie + dodatki i do nagrzanego piekarnika. Ale zanim podam przepis na chlebek, zacznę od musu jabłkowego, który jest do niego potrzebny. Jakimś cudem te 20 kg jabłek, które mama przywiozła od rodziny po 1 listopada, praktycznie wyparowały. W ciągu dwóch tygodni. Mój tata zjada ich ogromne ilości. Na szczęście kilka się ostało, w sam raz na moje potrzeby.

Snikers

Super słodkie ciasta robię dość rzadko. Głównie ze względu na mojego tatę, który jako cukrzyk musi pilnować poziomu cukru. Z tego względu my też ograniczamy mega słodkie rzeczy, żeby jemu pod nosem tym nie machać, kiedy z mamą się zajadamy. Ale od czasu do czasu można, szczególnie w taki dzień jak dziś. Kiedy jest szaro, zimno i deszczowo tylko coś słodkiego pomoże podnieść ciśnienie. Ogółem przymierzałam się do Snikersa już kilka razy, ale zawsze mnie zniechęcało samo przeczytanie przepisu. W praktyce okazało się jednak, że tak dużo roboty z nim nie ma, szczególnie jeśli ma się dodatkową parę rąk do pomocy. Ciasto jest słodkie, ale zjadalne jak tort. Jeden kawałek na kilka godzin wystarczy :) Jak ktoś nie ma trzech identycznych blaszek (u mnie każda inna), to blachę najlepiej wyłożyć papierem do pieczenia - łatwo wtedy wyjąć ciasto bez uszkodzenia go. W takim przypadku trzeba sobie dokładnie zapamiętać/zapisać ile poszczególne blaty leżały w piekarniku, żeby odpowiedni kolorek miały. Ja oczywiście o tym nie pomyślałam, piekłam na czuja i przy trzecim za długo go trzymałam. Na szczęście się nie spalił, a jedynie mocniej zarumienił. Smak wyszedł taki sam jak dwóch pozostałych, więc jest ok :)

Ciasto:
  • 60 dag mąki
  • 3/4 szklanki cukru
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 20 dag margaryny
  • 3 łyżki mleka
  • 3 łyżki miodu
  • 2 łyżeczki sody
  • 1 opakowanie cukru wanilinowego
Polewa:
  • 1/2 kostki margaryny
  • 4 łyżki cukru
  • 2 łyżki miodu
  • 20 dag posiekanych orzechów włoskich
Krem I: 1 opakowanie budyniu śmietankowego
Krem II: puszka skondensowanego mleka słodzonego

Na początek wkładamy puszkę z mlekiem do gara, zalewamy wodą i gotujemy przez 3 godziny pod przykryciem. W razie czego dolewamy gorącej wody. Po 3 godzinach puszkę wyjmujemy i odkładamy do ostygnięcia. Można się zabierać za ciasto.

Mąkę mieszamy z sodą oczyszczoną i przesiewamy na stolnicę. Wrzucamy na to margarynę i siekamy na drobno. Dokładamy pozostałe składniki na ciasto i dokładnie zagniatamy. Dzielimy na trzy części.

Składniki na polewę wrzucamy do rondla, podgrzewamy aż się wszystko ładnie połączy i wymiesza i gotowe.

Dla posiadających trzy takie same blachy (gdzie wy to trzymacie?) - każdą blachę wylepiamy ciastem. Na jeden blat wylewamy równomiernie polewę. Wkładamy wszystko razem do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy, aż się ładnie zrumieni na złoto.
Dla posiadających jedynie jedną 20x30 cm lub podobną: blachę wykładamy papierem do pieczenia, tak żeby boki wystawały ponad krawędzie blachy i wylepiamy ciastem. Pieczemy jakieś 10 minut w 180 stopniach, aż się ładnie zrumieni. Przy pomocy drugiej osoby wyciągamy ciasto za pomocą wystającego papieru. Wykładamy kolejnym arkuszem, wylepiamy ciastem i do pieca. Zasada ta sama. Na końcu pieczemy blat z wylaną na wierzchu polewą orzechową. Ten musi posiedzieć chwilkę dłużej (myślę że 15 minut mu wystarczy). Dajemy mu wystygnąć na blaszce.

Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, ale używając o 1/3 mleka mniej.

Na pierwszy blat kładziemy budyń. Na drugi kajmak z puszki - czyli to ugotowane mleko. Na koniec przykrywamy trzecim blatem. Tylko wyjmijcie wcześniej spod nich papier :P Ciacho niech sobie chwilę poleży i ustabilizuje. Jeśli zrobicie je rano, przed obiadem, to na popołudniową kawkę będzie już gotowe.

 Moja górna warstwa wygląda trochę jak od murzynka.

 Kajmak w cieple lubi uciekać


Smacznego!

Pierogi z kaszą i wątróbką

Jeśli chodzi o pierogi, to jestem ich ogromną fanką. Chyba jedyne jakich nie lubię to ruskie. Za to z serem i budyniem, kapustą i grzybami lub kaszą i wątróbką uwielbiam. Uwielbiam na tyle, że nagle potrafię w siebie wcisnąć dwa razy większą porcję, niż normalnego obiadu. Nie wiem jakim cudem. Kiedyś w życiu mi by do głowy nie przyszło, że średnio lubiana wątróbka może przybrać dla mnie super atrakcyjną formę. Ale pewnego dnia moja ciocia (ta od której dostałam ostatnio brzoskwinie), skarbnica kulinarnych przepisów, przyjechała do nas robić zielone pomidory. Cały dzień im z mamą zeszło, i ciocia stwierdziła, że w takim razie ona na obiad pierogi zrobi, bo to szybko pójdzie. Serowych wtedy też jeszcze nie lubiłam. Ona zrobiła je w taki sposób, że zjadłam wszystkie. I nie pytajcie jakim cudem pierogi z serem i budyniem oraz pierogi z wątróbką i kaszą zjedzone na ten sam obiad nie wywołały u mnie sensacji żołądkowych. Do tej pory sama się nad tym zastanawiam :) Tak nam wszystkim zasmakowały, że nie było rady, mama musiała wziąć przepis i od tej pory, gdy grzybów już nie ma lub jeszcze nie ma, a przyjdzie nam ochota na obiad z pierogami, robimy właśnie te wątróbkowe. Przepis banalny, ale roboty dużo, bo z tej porcji wychodzi ich około 80, jak ktoś robi mniejsze to nawet do 100 dojdzie.

Ciasto:
- 1 kg mąki
- trochę ciepłej, przegotowanej wody

Farsz:
- 600g wątróbki
- 2 torebki kaszy gryczanej (czyli 400g jak ktoś woli sypaną)
- 1 cebula (wielkość wg uznania)

Mąkę wysypujemy na stolnicę. Na środek górki wylewamy po trochu ciepłej wody i zagniatamy, jak trzeba dolewamy wody. lepiej nie przesadzać z jej ilością, bo jak za dużo się naleje, to wtedy trzeba będzie więcej mąki dosypać, a wtedy farszu może nie wystarczyć :P Ciasto jest dobre gdy się już nie rozpada, nie ślimaczy, tylko jest sprężyste i elastyczne.

Wątróbkę króciutko gotujemy, tylko żeby się ładnie sparzyła. Cebulę kroimy w kostkę i smażymy na oleju lub niepoprawnym politycznie smalcu, aż się ładnie zrumieni. Kaszę gotujemy wg przepisu na pudełku.
Wątróbkę, kaszę i cebulę przekręcamy przez maszynkę do mięsa na średnich oczkach. Najlepiej ze dwa razy, bo się lubi okręcać na śrubie. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem (i chili jak ktoś lubi). Prawdopodobnie farsz jest trochę suchy, więc dodajemy do niego 2-3 łyżki oliwy z oliwek.


Stolnicę lekko podsypujemy mąką (nie przesadzać, bo się ciasto za suche zrobi i nie będzie się chciało kleić).  Ciasto cieniutko wałkujemy i wycinamy szklanką kółeczka.





Na kółeczko kładziemy pół łyżki farszu i lekko go dogniatamy, żeby nie przeszkadzał w lepieniu. Składamy kółeczko na pół i mocno dociskamy do siebie końce. Uwaga, żeby się ciasto nigdzie nie naruszyło, bo potem wszystko powypływa.




Uformowane pierożki wrzucamy na gotującą się wodę. Przy wrzucaniu najlepiej policzyć ile poszło, żeby się nie pogubiły (lubią się czasem do dna przylepić). Mieszamy co jakiś czas drewnianą łychą, metalowa mogłaby je pokaleczyć i farsz by wypłynął, a pieróg z rozwodnionym farszem mimo wszystko smaczny nie jest. Gdy już sobie wesoło dryfują na wierzchu wyciągamy na durszlak (tu już można metalową :)) i lekko opłukujemy zimną wodą. Podajemy polane zarumienioną na oleju cebulką :)





Ponieważ porcja jest dość spora, to część może zostać na drugi obiad. Jeśli się nie lubi jeść przez dwa dni tego samego, można je spokojnie zamrozić po ugotowaniu. Wystarczy poukładać warstwami w pudełku, każdą warstwę posmarować oliwą z oliwek. I tak zamrożone mogą sobie leżeć nawet 2-3 tygodnie. Po rozmrożeniu albo wrzucamy je na gotującą się wodę, albo na patelnię. Usmażone też są super :) Smacznego!


Ostra zabawa

Jak pisałam w pierwszej notce chili to moje ukochane dziecko. Niestety, jak to dziecko, jest krnąbrne i nie zawsze odwzajemnia moją miłość. Jesień w hodowli jest okresem, kiedy zaczynam zbierać ostatnie owoce i rozdzielać je do przetworzenia, aby móc się cieszyć ich smakiem także zimą. W tym roku jednak moje chili zaczęły owocować dużo później niż zwykle i jeśli jesień dopisze, to do października jeszcze jeden plon powinnam z nich zebrać. Wczoraj uzbrojona w nożyczki zaczęłam ścinać wszystkie dojrzałe, aby krzaki mogły wypuścić jeszcze nowe kwiaty. Z zeszłego roku mam jeszcze całe mnóstwo suszonej i zmielonej, więc tym razem większa część zebranych owoców została przeznaczona na pastę/sos. Ponieważ przeprowadzenie całej operacji wymaga dość dużych środków ostrożności, nie było jak robić zdjęć. W proces produkcji zaangażowałam też rodziców, bo bez ich pomocy pewnie do dziś bym siedziała w kuchni.

Żeby móc z chili zrobić idealną, gładką pastę, należy najpierw zdjąć z niej skórkę. Aby to zrobić konieczne jest jej opalenie nad ogniem. Można wykorzystać do tego piekarnik lub nadziewać po kolei papryczki na widelec i podgrzewać nad ogniem. Papryczka pod wpływem ciepła zaczyna skwierczeć, następnie pojawiają się na niej czarne plamy i skórka zaczyna strzelać. Wtedy szybko należy wrzucić ją do plastikowego woreczka lub szczelnego pojemnika i poczekać 10 minut, aż ostygnie. Po tym czasie skórka sama odchodzi. Tyle teoria.
Chili wymaga szacunku. Jej ostrości nie można lekceważyć. Jeśli chodzi o praktykę opalania i obierania chili, zachowaj odpowiednie środki ostrożności:
  1. Nigdy nie pochylaj się nad strzelającą papryką - ona ma niezwykłego cela! Choć w moim przypadku papryka strzeliła już wystudzona, z której właśnie ściągałam skórkę. Sok trafił prosto w oko. Na szczęście nie było to po raz pierwszy, więc obyło się bez paniki. Ale mimo doświadczenia i tak jest to bolesna sprawa.
  2. Przy ściąganiu papryki z widelca wstrzymaj oddech i jeśli masz wrażliwe oczy załóż okulary. Wraz z gorącem ulatują z niej opary kapsaicyny. Jak się tym solidnie zaciągniesz, to cię zatka. Twoje płuca krzykną z rozpaczy i na chwilę zamkną się w sobie. To serio nie jest przyjemne uczucie. Gdy już odzyskasz dech, szklanka mleka pomoże złagodzić pieczenie w gardle.
  3. Przy jednej papryczce stężenie kapsaicyny w powietrzu nie jest duże, ale przy obieraniu 0,5 kg warto otworzyć okno, a usta i nos zasłonić grubą, bawełnianą chustką. I koniecznie zaopatrz się w mleko lub jogurt. No chyba, że ktoś lubi pić olej lub jeść masło to też można. Opary są tak intensywne, że co jakiś czas trzeba sobie łyknąć :)
  4. Opieczona papryka puszcza dużo soku. Bez rękawiczek nie da rady. najlepiej wykorzystać lateksowe, ściśle przylegające do dłoni. W przypadku, gdy trzeba rękawiczki zdjąć (np. żeby przemyć oko), a potem wrócić do pracy, zakładamy nową parę. Założenie tej samej pary skutkuje tym, że sok może się dostać pod rękawiczkę i będzie piekło.
  5. Za mocno opieczona papryka się rozłazi. Dosłownie. I wtedy trzeba ją zeskrobywać ze skórki. 
  6. Najpierw przekrawamy papryczkę na pół i wyciągamy nasionka, dopiero potem ściągamy skórkę. Chili pozbawiona skórki jest bardzo śliska i nasionka się przylepiają gdzie tylko się da.
Powyższe środki ostrożności może nie są potrzebne przy delikatnych papryczkach, ale ja się zabrałam za Habanero, więc było dość gorąco. Obrane chili należy zmiksować blenderem. Najwygodniej użyć ręcznego, ponieważ łatwo wyłapać większe, jeszcze nieruszone kawałki. Ponieważ przy takim mieleniu kapsaicyna i sok idą w powietrze,  trzeba zadbać o to, by się dokładnie zakryć. Oprócz ust i nosa, zakrywamy też oczy i ich okolice, ja do tego wykorzystałam okulary przeciwsłoneczne - największe jakie znalazłam. Gotową pastę wlewamy do słoiczków i pasteryzujemy kilkanaście minut. Jest tak ostra, że do potraw dodaje się ją na czubeczku noża. Można ją wykorzystywać przy zaostrzaniu przecierów, zup, sosów lub dipów. 0,5 cm na nożu zastąpi całą papryczkę. A i tak w ogóle to powinnam dodać: przed użyciem skonsultuje się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda chili niewłaściwie stosowana może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu. SERIO! Na najostrzejszych sosach często zamieszczane są ostrzeżenia, mówiące że dla sercowców zażycie grozi śmiercią.


 Ten mały słoiczek ma w sobie pastę z ok. 200g zmielonej chili Habenero i Peperoni



Jest wielkości Habanero, ale porcji z niego powinno wystarczyć na pół roku.