Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na szybko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na szybko. Pokaż wszystkie posty

Ogłaszam start sezonu na przetwory!

Nie wiem jak Ty, ale ja uwielbiam robić przetwory. Właściwie całe lato spędzam w kuchni, aby pozamykać w słoikach owoce i zimą cieszyć się ich smakiem. Odkąd zaczęłam robić swoje własne, te sklepowe już mi nie smakują. Są za słodkie, a po dwóch tygodniach w lodówce, z reguły widać na nich już ślady pleśni. Moje mają dużo mniejszą ilość cukru, pakuję je do małych słoiczków, dzięki czemu szybciej się je zjada, ale możecie mi wierzyć, nawet gdy stoją trzy tygodnie w lodówce, nie tracą swojego smaku i konsystencji. Natomiast szczelnie zamknięty słoik, może stać w spiżarni nawet 2 lata.

W tym roku lato nas nie rozpieszczai truskawki nie są tak smaczne, jak w poprzednich latach, ale skoro nie ma szans na poprawę pogody, postanowiłam i tak kupić kilka kilo. W efekcie popołudnia spędzonego w kuchni, mam 20 słoików dżemu oraz 9 słoików syropu, który latem dodaję do wody, a zimą do gorącej herbaty. Przepis można wykorzystać z dowolnymi owocami w tych samych proporcjach. Co ważne, truskawki nie muszą być idealne - właściwie nawet lepiej, jeśli są miękkie, wtedy w trakcie gotowania zaczynają się rozpadać. Jeśli w koszyku trafią się także nie do końca dojrzałe owoce, je również wykorzystuję w dżemie, dzięki czemu jest lekko kwaśny.

Masz ochotę na coś słodkiego?

Masz czasem taką straszną ochotę na coś słodkiego, że nawet rozwaliłybyście wszystkie szafki, byle znaleźć jednego batonika? Na szczęście już nie zdarza mi się to zbyt często, ale kiedy taki głód słodyczy mnie dopada, lepiej nie stawać na mojej drodze. I czasem nie wystarczy jeden batonik...

Przepis na brownie dostałam od koleżanki z Estonii, kiedy jeszcze mieszkałam w Hiszpanii. Mimo że w ciągu kilku ostatnich lat jadłam kilka różnych rodzajów brownie, to właśnie mi najlepiej smakuje. Przygotowanie i pieczenie to maksymalnie godzina roboty, a mała blacha tego ciasta wystarczy na kilka dni. Serio, nawet największy łasuch (podaję za przykład mojego TŻ) nie jest w stanie zjeść więcej niż kawałek dziennie. Jest tak słodkie i tak mocno czekoladowe. I doskonale smakuje podawane jeszcze ciepłe z lodami. Po takim deserze można spokojnie odpłynąć i puszczać różowe bańki nosem ;)

Im mniej tym lepiej

Lato, słońce, upały. Urlop mi właśnie mija i trzeba by trochę sobie pracy przypomnieć. Ale coś zjeść też by się przydało. Tylko komu chciałoby się stać kilka godzin przy garach? A bazylia na oknie tak pięknie pachnie...

Dzisiejszy przepis to jedno z tych dań, które robi się szybko, nie wymaga wielu składników i jest bardzo smaczne i sycące. Idealne na jedno z tych leniwych popołudni, kiedy nic się nie chce. A wystarczą pieczarki, bazylia, śmietana i makaron :)

Ein Appetitkiller

Dawno temu, jeszcze za czasów gimnazjalnych (nie powiem jak dawno, bo aż mi się wierzyć nie chce, że to tak dawno temu było), na lekcji niemieckiego przerabialiśmy temat jedzenia. Jeden z tekstów brzmiał "Ein Appetitkiller" i był o tym jakie dania są uważane przez niemieckie dzieci za zabójców apetytu. Największą niepopularnością cieszyła się wątróbka. Tekst tak bardzo zapadł mi w pamięć, bo zdziwiona zapytałam "ale dlaczego? Mi zawsze wątróbka bardzo smakowała!". Okazało się, że jestem w mniejszości. Wątróbka teoretycznie prosta w obsłudze, może bardzo łatwo zostać zepsuta. I jeśli się nie wie, jak i z czym taką wątróbkę się je, to może ona faktycznie nie smakować. U mnie w domu zawsze królowała w wersji banalnej, duszona z cebulką, albo chrupiąca, albo tak miękka, że aż rozpływająca się w ustach (w zależności od tego czy była szykowana przez mamę, czy tatę). No ale ile razy można jeść wątróbkę przygotowywaną tak samo? Poszukałam w mojej cudownej londyńskiej książce i znalazłam (półgodzinne gotowanie)! A więc dziś znowu obiadowo.

Kto się objada w Ostatki, ten piękny i gładki!

Za chwilę kończy się karnawał i koniec z tymi imprezami do rana, fontannami alkoholu i obżarstwem do nieprzytomności...

No dobra, przesadziłam. U mnie Wielki Post nie jest taki straszny jak go malują. A szczególnie, że aż tak nie wariuję w Karnawale :P Ale ostatni tydzień karnawału to czas dla mnie baaaaardzo ważny. Może dlatego, że nikt na mnie nie patrzy krzywo, kiedy bez wyrzutów sumienia objadam się faworkami, pączkami i oponkami. Wszystkie diety szlag trafia, mojej nie, bo nigdy na żadnej nie byłam. I absolutnie nie zamierzam, skoro jeść uwielbiam. Myślałam o tym, żeby podać przepis na faworki, co roku je robimy, ale w Internecie znajdziecie ich tyle, że mój jeden się jakoś niespecjalnie wyróżni. Dziś zatem będzie coś innego. Na Tłusty Czwartek każdy piecze pączki, albo jak ja szturmuje sklepy w poszukiwaniu ulubionych smaków. W Londynie Polacy wykupują cały zapas ku ogromnemu zdziwieniu Anglików, którzy nie zetknęli się jeszcze z tą tradycją. Choć jest już ich coraz mniej, w końcu powoli kolonizujemy Wyspy. Doszło już nawet do tego, że część sklepów na Tłusty Czwartek zamawia dodatkowe dostawy, żeby dla wszystkich zainteresowanych starczyło ;) No ale ja nie o pączkach przecież. Choć trochę podobne. U mnie w domu oponki zawsze były na Ostatki. Koniecznie posypane toną cukru pudru. A z oponek dodatkowo mini pączusie, bo to właśnie je najbardziej uwielbiałam. A ich największa zaleta? W 10 minut wyrabiasz ciasto, a reszta czasu to tylko smażenie, idzie naprawdę szybko! (i nie wymagają piekarnika, bo część do mojego wciąż nie doszła)

Zakupowe szaleństwo!

Zakupy to jeden z wielu powodów, przez które tak dawno nie było żadnej notki. Ponieważ obiecywałam bratu już dwa lata, że go znowu odwiedzę, to w końcu trzeba było wziąć spakować tyłek i się do tego Londynu wybrać. Od zawsze uwielbiałam Wielką Brytanię, książki w jakikolwiek sposób z nią związane (historyczne, biografie lub powieści, których akcja się w niej toczy) po prostu pochłaniam na tony. Trochę klimat do mnie nie przemawia, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? ;) Ogólnie to wybrałam się z zamiarem zrobienia ogromnych zakupów, przez co pokój brata dzień przed moim wyjazdem wyglądał jak magazyn sklepu wielobranżowego. Przez tydzień poszalałam, odpoczęłam i miałam pod koniec zeszłego tygodnia wziąć się za pieczenie, ale... Nie wdając się w szczegóły, kiedy wróciłam do domu, okazało się że wcześniej w piekarniku był mały pożar. I ten mały pożar chwilowo zabił nasz piekarnik. Ale mechanik już umówiony, uszkodzona część zamówiona, więc mam nadzieję, że za kilka dni piekarnik wróci do zdrowia. Co jednak nie znaczy, że do tego czasu nic się nie pojawi. W czasie zakupowego szału wstąpiliśmy z bratem do księgarni. Właściwie to szukał zupełnie innej książki, ale natknęliśmy się na promocję książek kucharskich. Ponieważ oboje lubimy gotować, to chyba pół godziny trwało zanim zdecydowaliśmy, co kupujemy. Brat wybrał dla siebie 400 niedrogich przepisów i kuchnię niskotłuszczową (także dość grubą księgę), a ja The Half Hour Cook (200 przepisów do przygotowania w 30 minut i 200 do przygotowania w 20 minut) oraz Ultimate Chocolate Recipes - czyli mnóstwo przepisów na czekoladowe przysmaki.