Dawno temu, jeszcze za czasów gimnazjalnych (nie powiem jak dawno, bo aż mi się wierzyć nie chce, że to tak dawno temu było), na lekcji niemieckiego przerabialiśmy temat jedzenia. Jeden z tekstów brzmiał "Ein Appetitkiller" i był o tym jakie dania są uważane przez niemieckie dzieci za zabójców apetytu. Największą niepopularnością cieszyła się wątróbka. Tekst tak bardzo zapadł mi w pamięć, bo zdziwiona zapytałam "ale dlaczego? Mi zawsze wątróbka bardzo smakowała!". Okazało się, że jestem w mniejszości. Wątróbka teoretycznie prosta w obsłudze, może bardzo łatwo zostać zepsuta. I jeśli się nie wie, jak i z czym taką wątróbkę się je, to może ona faktycznie nie smakować. U mnie w domu zawsze królowała w wersji banalnej, duszona z cebulką, albo chrupiąca, albo tak miękka, że aż rozpływająca się w ustach (w zależności od tego czy była szykowana przez mamę, czy tatę). No ale ile razy można jeść wątróbkę przygotowywaną tak samo? Poszukałam w mojej cudownej londyńskiej książce i znalazłam (półgodzinne gotowanie)! A więc dziś znowu obiadowo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z alkoholem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z alkoholem. Pokaż wszystkie posty
Kto się objada w Ostatki, ten piękny i gładki!
Za chwilę kończy się karnawał i koniec z tymi imprezami do rana, fontannami alkoholu i obżarstwem do nieprzytomności...
No dobra, przesadziłam. U mnie Wielki Post nie jest taki straszny jak go malują. A szczególnie, że aż tak nie wariuję w Karnawale :P Ale ostatni tydzień karnawału to czas dla mnie baaaaardzo ważny. Może dlatego, że nikt na mnie nie patrzy krzywo, kiedy bez wyrzutów sumienia objadam się faworkami, pączkami i oponkami. Wszystkie diety szlag trafia, mojej nie, bo nigdy na żadnej nie byłam. I absolutnie nie zamierzam, skoro jeść uwielbiam. Myślałam o tym, żeby podać przepis na faworki, co roku je robimy, ale w Internecie znajdziecie ich tyle, że mój jeden się jakoś niespecjalnie wyróżni. Dziś zatem będzie coś innego. Na Tłusty Czwartek każdy piecze pączki, albo jak ja szturmuje sklepy w poszukiwaniu ulubionych smaków. W Londynie Polacy wykupują cały zapas ku ogromnemu zdziwieniu Anglików, którzy nie zetknęli się jeszcze z tą tradycją. Choć jest już ich coraz mniej, w końcu powoli kolonizujemy Wyspy. Doszło już nawet do tego, że część sklepów na Tłusty Czwartek zamawia dodatkowe dostawy, żeby dla wszystkich zainteresowanych starczyło ;) No ale ja nie o pączkach przecież. Choć trochę podobne. U mnie w domu oponki zawsze były na Ostatki. Koniecznie posypane toną cukru pudru. A z oponek dodatkowo mini pączusie, bo to właśnie je najbardziej uwielbiałam. A ich największa zaleta? W 10 minut wyrabiasz ciasto, a reszta czasu to tylko smażenie, idzie naprawdę szybko! (i nie wymagają piekarnika, bo część do mojego wciąż nie doszła)
No dobra, przesadziłam. U mnie Wielki Post nie jest taki straszny jak go malują. A szczególnie, że aż tak nie wariuję w Karnawale :P Ale ostatni tydzień karnawału to czas dla mnie baaaaardzo ważny. Może dlatego, że nikt na mnie nie patrzy krzywo, kiedy bez wyrzutów sumienia objadam się faworkami, pączkami i oponkami. Wszystkie diety szlag trafia, mojej nie, bo nigdy na żadnej nie byłam. I absolutnie nie zamierzam, skoro jeść uwielbiam. Myślałam o tym, żeby podać przepis na faworki, co roku je robimy, ale w Internecie znajdziecie ich tyle, że mój jeden się jakoś niespecjalnie wyróżni. Dziś zatem będzie coś innego. Na Tłusty Czwartek każdy piecze pączki, albo jak ja szturmuje sklepy w poszukiwaniu ulubionych smaków. W Londynie Polacy wykupują cały zapas ku ogromnemu zdziwieniu Anglików, którzy nie zetknęli się jeszcze z tą tradycją. Choć jest już ich coraz mniej, w końcu powoli kolonizujemy Wyspy. Doszło już nawet do tego, że część sklepów na Tłusty Czwartek zamawia dodatkowe dostawy, żeby dla wszystkich zainteresowanych starczyło ;) No ale ja nie o pączkach przecież. Choć trochę podobne. U mnie w domu oponki zawsze były na Ostatki. Koniecznie posypane toną cukru pudru. A z oponek dodatkowo mini pączusie, bo to właśnie je najbardziej uwielbiałam. A ich największa zaleta? W 10 minut wyrabiasz ciasto, a reszta czasu to tylko smażenie, idzie naprawdę szybko! (i nie wymagają piekarnika, bo część do mojego wciąż nie doszła)
Karnawałowo - Alkoholowo
Choć uwielbiam muffinki, nie robię ich za często, a jeśli już to jednak wolę sprawdzone przepisy. Prawdopodobnie wynika to z tego, że łatwo je zepsuć. Gdy pierwszy raz zrobiłam muffinki, wyszły z zakalcem, a zjedzenie 12 sztuk samodzielnie (nie było nikogo do pomocy) trwało tydzień. Dzisiejsze jednak wyszły mi dokładnie tak, jak powinny.Są wyjątkowo słodkie, z dużą dozą alkoholu, więc ostrożnie z dawaniem im dzieciom. Jak się bawić, to z rozmachem. Dzisiejszy przepis był przeze mnie testowany w Sylwestra dwa lata temu i wyszedł perfekcyjnie. W moich blachach i papilotkach wychodzi ich 16, choć w oryginalnym przepisie (w gazetce Ciasta i Desery) jest podane, że na 12 sztuk (pewnie w rozmiarze amerykańskim). Przepis podaję z moimi modyfikacjami:
Po kolejnej przerwie
Ostatnio cierpię na całkowity niedostatek czasu. Nawet nie wiem, kiedy tak szybko ucieka. Albo doba jest za krótka, albo na nowo muszę przeanalizować mój system zarządzania czasem. A może to po prostu już TA pora na zimową depresję? Nie znoszę zimy, najchętniej w ogóle spod koca bym nie wychodziła. Ale taka nie-zima jest jeszcze gorsza. Szaro, buro, nie wiadomo czy ten śnieg będzie czy nie. Jakby spadł tak raz a porządnie, a potem pojawił się ostry mróz, to by było dobrze. Z reguły jak jest dużo śniegu i jest bardzo zimno, świeci słońce i już to mi wystarczy. Kij z zimnem, śniegiem itp. Mnie najbardziej słońca brakuje. Normalnie jestem jak bateria słoneczna, co po kilku pochmurnych dniach już nie działa. Jednym ze sposobów walki z zimową depresją, są letnie smaki. A co może być bardziej letniego od kokosa i ananasa? Zrobiłam więc z nimi muffinki. Smak wspaniały, choć mam do nich kilka uwag, ale o tym na końcu notki.
Muffinki z czekoladą i chili...
... oraz alkoholem! A co jak szaleć to szaleć! Przepis, podobnie jak wcześniejsze z chili, pochodzi z książki "Diabelska kuchnia". Oznaczone jako średnio ostre, ale dla mnie były bardzo łagodne. W przepisie jest Anaheim, ale ja użyłam Super Chile sztuk 4 i nic nie piekło i nie bolało. Wyjątkowo smaczne, połączenie chili i czekolady od dawna cieszy się uznaniem, a w tych babeczkach jest po prostu fantastyczne. Porcja jest teoretycznie na 18 babeczek. Nie wiem jak wielkich foremek autor książki używał, ale ja w moich standardowych 4cm zrobiłam 19 babeczek a i tak jeszcze mi ciasto pouciekało na boki (nakładałam do pełna bo stwierdziłam że skoro zrobiłam 19 to bardziej nie wyrosną, o naiwności!). Przy napełnianiu do 3/4 wysokości foremki/foremki z papilotką pewnie wyjdzie ok 20.
Składniki:
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto nakładamy do 3/4 wysokości foremki. Nie polecam używania wyłącznie papilotek (pojedyncze foremki silikonowe też się mogą nie sprawdzić). Ciasto choć jest gęste, to i tak się "rozlewa" i niewygodnie przenosi, więc lepiej wykorzystać jakieś sztywniejsze formy. Pieczemy 20 minut (dla niemajacych termoobiegu jak ja: dodajemy jeszcze 5 minut z górną grzałką)
Do małego garnuszka wlewamy ciemny rum i brązowy cukier. Gotujemy na małym ogniu, aż się ładnie rozpuści.
Wyjmujemy muffinki z piekarnika. W każdej robimy wykałaczką kilka dziurek na środku. Dziurki zalewamy ciepłym syropem i odstawiamy do ostygnięcia. W ksiązce jest napisane, że szczelnie zamknięte można trzymać przez 3 dni (lub 3 miesiące zamrożone). U mnie i po 4 dniach były smaczne i pulchne. Pod moją nieobecność, moja bratanica wcięła ponoć 4. Nie otrzymałam żadnej skargi od brata i bratowej, żeby Młoda (lat 5) się jakoś dziwnie zachowywała, więc oznacza to, że dla dzieci też są niegroźne
Te dziury z boku muffinek są po silikonowych foremkach, które stały na blaszce. Mam za mały piekarnik do takich ilości ;)
Plamy na górze to ślad po nie do końca wchłoniętym syropie. Po godzinie nie było już po nich śladu. Smacznego!
Składniki:
- 1 łyżka drobno posiekanego chili bez nasion (u mnie małe Super Chile)
- 100 g gorzkiej czekolady
- 3 łyżki wódki (ja użyłam 5 łyżek białego rumu, bo miałam otwarty, a wódkę nie)
- 225 g miękkiego masła
- 200 g drobnego cukru
- 225 g mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 4 jajka
- 5 łyżek ciemnego rumu
- 2 łyżki jasnobrązowego cukru
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto nakładamy do 3/4 wysokości foremki. Nie polecam używania wyłącznie papilotek (pojedyncze foremki silikonowe też się mogą nie sprawdzić). Ciasto choć jest gęste, to i tak się "rozlewa" i niewygodnie przenosi, więc lepiej wykorzystać jakieś sztywniejsze formy. Pieczemy 20 minut (dla niemajacych termoobiegu jak ja: dodajemy jeszcze 5 minut z górną grzałką)
Do małego garnuszka wlewamy ciemny rum i brązowy cukier. Gotujemy na małym ogniu, aż się ładnie rozpuści.
Wyjmujemy muffinki z piekarnika. W każdej robimy wykałaczką kilka dziurek na środku. Dziurki zalewamy ciepłym syropem i odstawiamy do ostygnięcia. W ksiązce jest napisane, że szczelnie zamknięte można trzymać przez 3 dni (lub 3 miesiące zamrożone). U mnie i po 4 dniach były smaczne i pulchne. Pod moją nieobecność, moja bratanica wcięła ponoć 4. Nie otrzymałam żadnej skargi od brata i bratowej, żeby Młoda (lat 5) się jakoś dziwnie zachowywała, więc oznacza to, że dla dzieci też są niegroźne
Te dziury z boku muffinek są po silikonowych foremkach, które stały na blaszce. Mam za mały piekarnik do takich ilości ;)
Plamy na górze to ślad po nie do końca wchłoniętym syropie. Po godzinie nie było już po nich śladu. Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


