Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaloryczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaloryczne. Pokaż wszystkie posty

Masz ochotę na coś słodkiego?

Masz czasem taką straszną ochotę na coś słodkiego, że nawet rozwaliłybyście wszystkie szafki, byle znaleźć jednego batonika? Na szczęście już nie zdarza mi się to zbyt często, ale kiedy taki głód słodyczy mnie dopada, lepiej nie stawać na mojej drodze. I czasem nie wystarczy jeden batonik...

Przepis na brownie dostałam od koleżanki z Estonii, kiedy jeszcze mieszkałam w Hiszpanii. Mimo że w ciągu kilku ostatnich lat jadłam kilka różnych rodzajów brownie, to właśnie mi najlepiej smakuje. Przygotowanie i pieczenie to maksymalnie godzina roboty, a mała blacha tego ciasta wystarczy na kilka dni. Serio, nawet największy łasuch (podaję za przykład mojego TŻ) nie jest w stanie zjeść więcej niż kawałek dziennie. Jest tak słodkie i tak mocno czekoladowe. I doskonale smakuje podawane jeszcze ciepłe z lodami. Po takim deserze można spokojnie odpłynąć i puszczać różowe bańki nosem ;)

Kuchnia pachnąca czekoladą

Wow, jak patrzę na statystyki bloga, to okazuje się, że ktoś tu czasem jeszcze zagląda. Choć trochę obrósł kurzem i pajęczyną, nie zapomniałam o nim. Po prostu do pieczenia i gotowania muszę mieć odpowiedni nastrój i humor. A na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy jakoś nie potrafiłam ich w sobie znaleźć. I nawet próbowałam, ale ponownie sprawdza się zasada, że nic na siłę... Na szczęście powoli wracam do formy. Piekarnik mnie słucha, ciasteczka są jadalne, a i na dania obiadowe jakoś mam więcej pomysłów. 

Dzisiejsze ciasto powstało na zakończenie mojej pierwszej pracy. Szczerze mówiąc mój nastrój wtedy zupełnie nie nadawał się do pieczenia i z większości prób wychodziły nieapetyczne zakalce. To jednak się udało. Mało tego, wyszło naprawdę pyszne. Czekolada, wiśnie i do tego bita śmietana - mniam! Idealne na poprawę humoru, więc jeśli latem zrobiliście zapasy wiśni w formie mrożonej lub w syropie, to czas je wykorzystać. Kolejna zaleta to nieziemski zapach czekolady, który unosi się w kuchni podczas pieczenia. Aż trudno się oprzeć!


Pourodzinowo

Znowu zaległości mi się na blogu narobiły. Staż zamienił się już w stałą pracę, więc obowiązków też mi przybyło. A moje dotąd dość spokojnie życie towarzyskie nagle stało się wyjątkowo intensywne. W domu jestem ledwo gościem i tak jak zdarza mi się piec i gotować, tak już czasu mi brakuje, żeby tu zamieścić. Ale się staram wszystko pogodzić i w końcu mi się uda wszystko rozplanować w czasie.

Bo już od dłuższego czasu za mną chodziło

Od czasu do czasu mam ochotę na spaghetti. Rzadko kiedy robię, ponieważ tata chodzi wtedy obrażony, bo sam musi sobie obiad wymyślić. Nie lubi spaghetti i go nie jada, ale powodem jego niechęci nie są pomidory czy smak, a rzecz tak prozaiczna jak kształt makaronu. Mianowicie tata się buntuje i takiego długiego jeść nie będzie. Raz po prostu pokroił cały na kawałki. Ale czasem ochota na to tak chodzi za mną i w końcu zrobić trzeba. Jest to kolejny przepis z kategorii na szybko, łatwo i smacznie. Dosłownie pół godziny i gotowe.

Kalorycznie, coby na zimę trochę sadełka przybyło

Zimno się robi. A jak robi się zimno, to człowiekowi (a tym bardziej Feministce) częściej ochota przychodzi na dania kaloryczne i zapychające zamiast lekkich zupek. Co prawda zazwyczaj są to dania czasochłonne, ale jeśli się dysponuje w ciągu dnia dwoma godzinami wolnego czasu i dziwną ochotą na pozmywanie tony garów, to to danie specjalne na takie zachcianki:

Pogoda na przeziębienie

Jestem zmarzluchem strasznym. Temperatura spada poniżej 30 stopni, ja zaczynam nosić lekkie swetry. Poniżej 20 stopni zaczynam szczękać zębami. Poniżej 0, bez dopalaczy, przestaję funkcjonować. Ostatnio tak profilaktycznie zaczęłam łykać witaminkę C, żebym przypadkiem do czasu oddawania krwi się nie rozchorowała (a dodatkowo poprawia przyswajanie żelaza, więc krew jest lepszej jakości ;)) Szczególnie, że wokół mnie same zarazki latają. Zarówno w pracy, jak i w domu. Tacie wiecznie ciepło, co chwila łazi i balkon oraz okna na oścież otwiera. Mama łazi za nim i je zamyka, ale przez te ciągłe zabawy oboje chodzą teraz zakatarzeni i rozsiewają zarazki dookoła. Wychodzę z założenia, że w czasie przeziębienia, branie leków niewiele da, a jedynie upośledzi jeszcze organizm i przez większymi chorobami sam się nie będzie umiał obronić. I ta filozofia mi całkiem na zdrowie wychodzi. Jak już się pojawia kichanie i kaszel, to bakterie postanawiam wymordować jedynym uznanym sposobem. Przed kapsaicyną żadna bakteria się nie obroni. Z reguły była to meksykańska zupa fasolowa, na którą w niedalekiej przyszłości pewnie przepis też zamieszczę. Ale dziś chciałam zrobić coś odmiennego, nowego, i sycącego. No to znowu sięgnęłam do "Diabelskiej kuchni" i wybrałam przepis na Risotto z fasolką i chili, oznaczone jako "bardzo ostre". Zanim przejdę do składników, parę przemyśleń na temat dania. Porcja jest dla 4 osób, dla 3 to zdecydowanie za dużo, następnym razem będę robić z połowy porcji. Zwykły ryż się nie nadaje, mimo długiego gotowania jest nadal wyczuwalny przy gryzieniu. Kminek jest wyczuwalny, nadaje ciekawy aromat, więc jeśli ktoś go nie lubi, to mu nie podpasuje. Wybitnie sycące, nie trzeba robić dwudaniowego obiadu. I na koniec, poczułam się oszukana. Miało być super ostre, a było delikatne jak chlebek serowy. Niestety, ale to to risotto nie trafi na moją listę rozgrzewaczy zimowych. W przepisie są 2 chili Pequin i 2 zielone Bell. Użyłam 1 czerwonej Bell i 5 Super Chile. Pequin i Super Chile mają tę samą skalę ostrości (7), ale Super Chile jest większe. W mojej zupie fasolowej używam 3-4 Super Chile i jest ostrzejsza. Albo ja już mam tak przełyk przeżarty kapsaicyną, albo na taką ilość ryżu 6 papryczek to za mało.

Składniki:
  • 700 ml bulionu warzywnego (wzięłam z kostki i mam w nosie, że to ponoć niezdrowo)
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 duża cebula
  • 10 dag pieczarek
  • 1 ząbek czosnku
  • 5 papryczek Super Chile
  • 1 czerwona Bell
  • 40 dag ryżu (w przepisie jest arborio i tego radzę się trzymać)
  • 1 łyżeczka mielonego kminku (ja miałam w ziarenkach, wzięłam i wsypałam go do młynka z chili, więc kolejny punkt pominęłam)
  • 1 łyżeczka mielonego chili
  • sól i mielony pieprz
  • 1 puszka (40 dag) czerwonej fasoli
  • 1 puszka (35 dag) kukurydzy
  • 3 duże pomidory
Bulion lekko gotujemy (w sensie rozpuszczamy kostkę w gotującej się wodzie). Czosnek siekamy na drobno. Chili siekamy na drobno (bez nasion). Fasolę odsączamy i płukamy na jednym sitku. Kukurydzę odsączamy i płukamy na drugim sitku.

Cebulę też siekamy na drobno. A pieczarki w kawałki (kapelusz na 4-6 części). Pomidory parzymy, obieramy ze skórki, usuwamy nasiona i kroimy w kostkę.

Rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę i podsmażamy, aż się nie zacznie kurczyć i rumienić. Dorzucamy pieczarki, chili i czosnek. Dokładnie mieszamy i smażymy do miękkości (jakieś 5 minut). Wsypujemy ryż i dokładnie mieszamy. Polewamy chochelką bulionu i mieszamy, aż się wchłonie. Kolejna chochelka i znowu mieszamy. Jak już połowa bulionu będzie zużyta, wrzucamy przyprawy i fasolę. Kontynuujemy dolewanie bulionu partiami. Jakieś 25 minut ciągłego mieszania później (niestety trzeba mieszać, bo się przykleja do dna), jak risotto zrobi się gęste, dorzucamy kukurydzę i pomidory oraz doprawiamy do smaku. Dokładnie mieszamy jeszcze kolejne kilka minut, upewniamy się, że ryż już nie chrupie i podajemy.

Nie ma obaw, mleko nie będzie potrzebne :)

A dla przeziębionych inna niezawodna mikstura. Do dzbanka wrzucamy kilka plastrów świeżego imbiru, dwie torebki herbaty i zalewamy wrzątkiem. A potem w kubku każdy dosładza sobie miodem. Wygrzeje i pysznie smakuje. Smacznego!


Spóźnione z okazji Światowego Dnia Czekolady

Miało być wczoraj, ale wczorajszy dzień był zły. nawet nie tak zwyczajnie zły, ale bardzo zły. Taki z rodzaju: nic się nie udaje, nic nie wychodzi, nic się nie chce. Z racji, że wczoraj był taki dzień, uznałam że dodawanie czegokolwiek na bloga może mieć fatalne skutki i lepiej nie ryzykować.
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Czekolady. Mój cudowny kalendarz z kotem Simona nic o tym nie wspomina (a ma odnotowane takie święta jak dzień spania w miejscach publicznych czy dzień wiatru), ale wszyscy trąbili o tym na facebooku, więc coś musi być na rzeczy.

Ogółem mój plan na zrobienie bloku zrodził się już w weekend, zanim jeszcze cokolwiek o dniu czekolady wiedziałam. Otóż zadzwonił mój brat, który obecnie mieszka w Anglii, aby mama podała mu przepis na blok, bo on już chce zrobić, żeby na jego urodziny był gotowy. No i jak tak posłuchałam, to mi też ślinka pociekła. Bo blok to nie jest ciasto - w końcu się go nie piecze. Ale to też nie typowy deser, bo łyżeczką nie da rady go wcinać. Blok to blok. Zawsze na każde urodziny moje i moich braci, oraz z okazji świąt Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jest robiony blok. A w tym roku na moich urodzinach go nie było. Sama tak zdecydowałam, bo nie robiłam jak co roku dużej imprezy, to nie było sensu szykować góry jedzenia, żeby potem się marnowało. No ale jednak taka przerwa dłuższa dała się odczuć i uznałam, że blok musi być. Na szczęście, mimo pechowości wczorajszego dnia, blok jak zwykle się udał. Zresztą nie ma możliwości, żeby się nie udał. Ale potrzeba dużo miejsca w zamrażalniku - tak żeby keksówka się zmieściła. Chyba że robimy go w czasie jesiennych/zimowych/przedwiosennych chłodów, to wtedy może i być dobrze zabezpieczony na balkonie. I takie małe ostrzeżenie: jak robisz blok cała twoja dieta idzie w cholerę, a twoja godność razem z nią, ale o tym na koniec. W przepisie użyję zdjęć poglądowych i proszę się nie śmiać z mojej oldschoolowej miski, ona ma ponad 30 lat, szacunek jej się należy!

Potrzebne będą:
  • 2 szklanki mleka w proszku (w proszku, nie granulowanego - WAŻNE)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1 margaryna
  • 3 łyżki dobrego ciemnego kakao (takie z lekkim czubem)
  • 10-15 dag orzechów:
    • jakich komu pasuje, ja mieszam laskowe, włoskie i migdały, a raz nawet dodałam ziemne i też był boski,
    •  jest to zdecydowanie porcja umowna, ponieważ każdy sypie ile ma, ile mu pasuje lub ile woli
  • wafle suche tortowe
  • 3 paczki herbatników (petit lub inne bez dodatków, paczki takie podwójne, nie te maleńkie)
  • 100 ml wody
Do małego garnka wrzucamy margarynę (tak całą, można pokroić na kawałki, ale ja z reguły zostawiam w całości), kakao, 1 szklankę cukru i zagotować, aż się wszystko ładnie połączy. Co jakiś czas pomieszać, żeby się nie przypaliło. Na poparzone od łyżki usta polecam nałożyć solidną warstwę żelu dentystycznego lub aloesu i następnym razem zapamiętać, żeby pochuchać solidnie przed kolejnym podjadaniem.
Do dużej michy wsypujemy mleko w proszku, 0,5 szklanki cukru i wodę. Miksujemy aż wyjdzie gładka masa. Co jakiś czas trzeba dać odpocząć mikserowi, co by się nie spalił, bo może być ciężko. Jak już czekolada w garnku się ładnie wymieszała, to dodajemy jej po trochu do masy i miksujemy, aż do wykorzystania całej. Zbieramy masę z boków michy - NIE PALCAMI! - i miksujemy ponownie do gładkości.


Zanim przejdziemy do kolejnego punktu szykowania, trzeba przygotować blachę. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, lub śniadaniowym lub folią, tak żeby zapas wystawał po bokach (żeby potem można było blok tym zapasem nakryć), ładnie dociskamy do brzegów. Ma się nie ruszać. Na dno kładziemy pojedynczo obok siebie herbatniki (w całości), tak żeby mniej więcej spód keksówki był zakryty.

Jak to już zrobione, to pozostałe herbatniki lekko ściskamy dłonią (żeby się połamały na kawałki) i wrzucamy wszystkie do masy. Dorzucamy orzechy, zgodnie z preferencjami i upodobaniem - np. po garści każdego rodzaju. W całości, ewentualnie można włoskie połamać na mniejsze, ale bez przesady. Bierzemy dwa wafle z paczki, łamiemy na kawałki tak jak herbatniki i wrzucamy do michy.





I teraz nasza cała godność idzie w cholerę, bo trzeba to wszystko pięknie wymieszać. Pięknie się nie da, bo nawet przy profesjonalnym sprzęcie i tak się upaprzesz czekoladą, więc nie ma sensu się starać. Dieta idzie zaraz za nią, bo jeszcze zanim jest dobrze wymieszane, zaczynasz powoli podpróbowywać, a to orzeszka, a to wafelka czy herbatnika. Sprawdzamy jak to wygląda. Jak widać dużo czekolady - w sensie mieszanka dodatków jest nie tyle nią pokryta, co w niej jeszcze pływa lub jeszcze nią ocieka, to dokładamy kolejnego wafla i kolejnego. Gotowe będzie jak nam się ładnie pokryje wszystko czekoladą, ale nie będzie ona ściekać, kapać itp.





Zaczynamy powoli przekładać masę do keksówki. Po jednej łyżce, tak żeby dno się zakryło równomiernie. Bierzemy do ręki tłuczek kuchenny (jakby ktoś miał wątpliwości o jaki mi chodzi, to po kliknięciu w tłuczek wyskoczy wam obrazek jaki) i ładnie wszystko ugniatamy na równo, tak żeby wszystkie przestrzenie zostały wypełnione zgniecioną masą. Kładziemy kolejną warstwę i znowu ugniatamy. Ugniatamy solidnie, żeby i blok był spójny (dlatego nie może być za dużo "luźnej" czekolady bo inaczej będzie się rozpadał) i jak najwięcej się zmieściło. Wykładamy do czasu wykończenia masy lub keksówki. Moja ma 40 cm i choć z reguły to masa wykańcza się pierwsza (wspomagana przez wcześniejsze podjadanie), to raz z bratem przesadziliśmy i zostało nam jeszcze sporo w misce. Oboje byliśmy już wtedy pełnoletni, ale po zakończeniu wyglądaliśmy jak dzieciaki, które dobrały się do słoika nutelli lub zapasów czekolady w barku. Nie tylko ręce ale i twarze mieliśmy całe w czekoladzie.

Ugnieciony w keksówce blok zawijamy w wystającą folię/papier i wkładamy do zamrażalnika (lub na balkon - wtedy radziłabym zabezpieczyć jeszcze dwoma torbami).



Niech sobie poleży nockę przynajmniej, ale jak poleży i tydzień, to nic mu nie będzie. Idealny jak ma się czas kilka dni przed (np. świętami), bo na dzień przed planowaną imprezą jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.

Jak już się wyleżakuje i ładnie stwardnieje, to można zabrać się do szamania. I tu jest odpowiedź na pytanie po co papie czy folia. Otóż zamarznięty blok nie tak łatwo da się wyłuskać z keksówki, z papierem jest po prostu wygodniej go wyszarpać. Do pokrojenia też radziłabym użyć grubszego noża, przy takim natężeniu dodatków pokrojenie go wymaga nie lada siły. Ale wszelkie te trudy warte są tego smaku. Po dwóch kawałkach zdrowy rozsądek woła dość, ale mózg ma ochotę na więcej i więcej. I tym sposobem wcinamy milion kalorii, ale kto by się tym przejmował :) Smacznego!