Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chili. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chili. Pokaż wszystkie posty
Be jealous
Dawno o moich chili nic nie pisałam. A są piękne. Cudowne wręcz! Nowa trucizna sobie z przędziorkami poradziła, więc spokojnie sobie rosną. Dziś ścięłam kilkanaście papryk z kilku krzaków, ale na prawdziwe zbiory jeszcze trzeba poczekać. Choć w tym roku będą wyjątkowo obfite. Praktycznie z każdego kwiatka mam zawiązkę owoców. Papryki, które przywiozłam z Londynu, także wspaniale owocują. Niestety ich dojrzewanie opóźniła strasznie długa zima. W zeszłym roku o tej porze zebrałam już 0,5 kg papryki. Tym razem ledwie garść. Ale nie szkodzi. Do cierpliwych świat należy, a raczej piękne chili. Do końca października jeszcze wiele owoców zbiorę :) A teraz czas na zdjęcia :)
Zaczyna się
Początek marca to bardzo intensywny okres dla każdego hodowcy chili. Moje nasionka wsiałam na początku lutego i po podliczeniu wszystkich okazało się, że mam 23 gatunki! Choć miałam bardzo zły humor, kiedy okazało się, że torebka z nasionkami Bulgarian Carrot, firmowana nazwiskiem Jamiego Olivera, nie zawierała nawet jednego nasiona! Przeciętnie 30 w torebce, moja była pusta! Nie fajnie. Na szczęście pozostałe torebki były już z zawartością. I oczywiście zasiałam także papryki, które miałam już w poprzednich latach. Jak tylko w lato papryki osiągnęły dojrzałość, wybrałam najładniejsze owoce z każdego krzaka i ususzyłam je w całości. Kiedy przyszło do siania, po prostu przełamywałam owoc na pół i wysypywałam nasionka. Ja zawsze sieję na początku lutego, ponieważ w razie gdyby jakiś gatunek nie wyrósł, mam jeszcze czas na dosianie. Jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z chili, to jeszcze spokojnie zdąży :)
Zakupowe szaleństwo!
Zakupy to jeden z wielu powodów, przez które tak dawno nie było żadnej notki. Ponieważ obiecywałam bratu już dwa lata, że go znowu odwiedzę, to w końcu trzeba było wziąć spakować tyłek i się do tego Londynu wybrać. Od zawsze uwielbiałam Wielką Brytanię, książki w jakikolwiek sposób z nią związane (historyczne, biografie lub powieści, których akcja się w niej toczy) po prostu pochłaniam na tony. Trochę klimat do mnie nie przemawia, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? ;) Ogólnie to wybrałam się z zamiarem zrobienia ogromnych zakupów, przez co pokój brata dzień przed moim wyjazdem wyglądał jak magazyn sklepu wielobranżowego. Przez tydzień poszalałam, odpoczęłam i miałam pod koniec zeszłego tygodnia wziąć się za pieczenie, ale... Nie wdając się w szczegóły, kiedy wróciłam do domu, okazało się że wcześniej w piekarniku był mały pożar. I ten mały pożar chwilowo zabił nasz piekarnik. Ale mechanik już umówiony, uszkodzona część zamówiona, więc mam nadzieję, że za kilka dni piekarnik wróci do zdrowia. Co jednak nie znaczy, że do tego czasu nic się nie pojawi. W czasie zakupowego szału wstąpiliśmy z bratem do księgarni. Właściwie to szukał zupełnie innej książki, ale natknęliśmy się na promocję książek kucharskich. Ponieważ oboje lubimy gotować, to chyba pół godziny trwało zanim zdecydowaliśmy, co kupujemy. Brat wybrał dla siebie 400 niedrogich przepisów i kuchnię niskotłuszczową (także dość grubą księgę), a ja The Half Hour Cook (200 przepisów do przygotowania w 30 minut i 200 do przygotowania w 20 minut) oraz Ultimate Chocolate Recipes - czyli mnóstwo przepisów na czekoladowe przysmaki.
Dzień Potraw Pikantnych
W każdym razie tak twierdzą wszyscy, więc chyba coś w tym musi być. A ja, jako rasowy hodowca chili, przecież musiałam go odpowiednio uczcić! Niestety mój tryb życia wyklucza w tygodniu częste gotowanie, bo zazwyczaj obiad już na mnie czeka, gdy wracam z pracy. I jest jednocześnie kolacją, bo jaki jest sens po dwóch godzinach znowu jeść? Tym samym miałam małą zagwozdkę, co dziś zrobić. Na szczęście książka Diabelska Kuchnia, z której już wielokrotnie korzystałam, po raz kolejny przyszła z pomocą. Na dworze ciągle pada, zimo, depresyjnie, więc co jest doskonałe na poprawę humoru i rozgrzanie? Cynamon, czekolada, wanilia i chili... Chyba już wiecie o czym mowa?
Badyle odbijają
Sezon się skończył. Trzeba było zrobić porządek z krzakami chili. Wszystkie zostały poobcinane ze swoich łysych gałęzi i właściwie niewiele z nich zostało. Najbardziej obcięte zostały habanero, ponieważ wątpliwe jest, żeby dały radę przetrwać zimę. główny pień odstaje z ziemi może na 4 cm. Zresztą pozostałe papryki tez tak wyglądają. Zachowane zostały jedynie te gałązki, które są świeże lub mają zaczątki liści. Po dwóch tygodniach od zabiegów widać już efekty. Pojawiają się pierwsze zawiązki nowych gałązek
Drugie Żniwa
Przyszedł czas na kolejne cięcie chili. Liście na większości krzaków spadają i robią się żółte. Niestety, ale większość z nich już długo nie porośnie. Mam kilka krzaków, które bardzo chcę przezimować, ale czy się uda, to jedna wielka niewiadoma. Brat przyleciał z Londynu na urlop i przywiózł mi nawozy do chili. Może za ich pomocą uda mi się trochę wzmocnić moje ukochane roślinki. Szczególnie te, których mam zaledwie po jednym krzaczku. Zauważyłam, że chili, które mają już 2 i 3 lata, zdecydowanie lepiej owocują, są bardziej odporne na zmiany pogodowe i ataki szkodników. Ale żeby taką papryczkę przechować, trochę wysiłku trzeba w to włożyć.
Dwulatka Bird's Eye już ma dość tegorocznego sezonu
Dwulatka Bird's Eye już ma dość tegorocznego sezonu
Ok, więc mówisz że mamy Zimę?
Dla mnie to za wcześnie, jeszcze jest październik i przed chwilą była wspaniała polska, złota jesień. A tu nagle niskie temperatury i śnieg. Dziś wybraliśmy się do brata i bratowej na urodziny, choć blisko pojechaliśmy autem, bo lało. Kilka godzin później deszcz zamienił się w śnieg i miałam pierwsze skrobanie auta, bo deszcz mi do szyb poprzymarzał. Dobrze, że jeszcze zbytniego mrozu nie ma, bo w zeszłym roku tak mi drzwi pozamarzały, że męczyłam się 5 minut, zanim je oderwałam i otworzyłam. Auto mam kompletnie do zimy nieprzygotowane, bo nawet nie było kiedy. Opony niezmienione, uszczelki nienasmarowane, a osprzęt zimowy w piwnicy. Ale za to w kuchni, na rozgrzewkę fasolka po mojemu. Działa zawsze, na każdego, oczyszcza nos, zatoki i pory na twarzy też. Mój popisowy przepis, który robię zawsze, gdy tylko jestem chora lub potrzebuję się dogrzać po ciężkim, zimnym dniu. Nie każdy jest w stanie ją zjeść, ale jak już przetrawi pierwszy szok chili, kolejne łyżki wcina i jeszcze bierze dokładkę. Danie do przygotowania na szybko, niewiele zmywania, idealne ze świeżym pieczywem, zarówno na obiad jak i kolację :)
Żniwa!
Moje chili powoli tracą liście i usychają, niestety nadszedł czas na te największe krzaki. Jako pierwsze pod nożyczki poszły Bell, Pepperoni i najmniejszy krzak żółtego Habanero. To znaczy póki co obcięłam im owoce i bezlistne gałęzie, ale wątpię czy jeszcze coś z nich będzie. Niestety Pepperoni po raz kolejny zostało zaatakowane przez przędziorka. Wybitny pasożyt, robiący na całej roślinie delikatne pajęczynki, powoduje że liście powoli żółkną i odpadają, kwiaty też i nawet niedojrzałe owoce. Oczywiście już nie pierwszy raz się to zdarza. Za pierwszym razem straciłam połowę mojej hodowli, bo nie wiedzieliśmy jak sobie z tym razić, a nic nie działało. W zeszłym roku w końcu znaleźliśmy odpowiednią truciznę. Niestety jej okres karencji to 4 tygodnie, więc zawsze przed użyciem, ścinam wszystkie owoce z rośliny (chyba że dopiero rosną, wtedy te 4 tygodnie im na krzaku miną). Przędziorka łatwo do domu przynieść na roślinach kupionych w marketach. Tu i tu są zdjęcia jak mniej więcej wygląda zaatakowana roślina. Teraz jak kupuję nowy krzak, nieważne zioła czy chili, najpierw dokładnie go opłukuję pod prysznicem, przeglądam każdy liść, czy przypadkiem nie ma na nich jaj i kładę do pokoju, gdzie jest najmniej roślin lub wcale (np. wiosną i latem to mój pokój, bo wszystkie lądują na balkonie). Przez około 2-3 tygodni roślina jest pod obserwacją, czy rośnie, coś po niej nie łazi, lata czy nie ma pajęczynek. W tym roku kupiłam mizerny krzaczek w Lidlu, niestety były już przebrane, a takiego gatunku nie miałam (potem się okazało, ze to inny niż było napisane na doczepionej tabliczce, ale też go nie miałam). Papryczka była zainfekowana przędziorkiem. Po podwójnym, obfitym spryskaniu trucizną i dokładnym wymyciu, krzak trafił na balkon. Dziś wygląda przepięknie, owoców ma bez liku, mnóstwo idealnie zielonych liści i mam nadzieję, że uda mi się go przezimować, bo krzaczek nie jest szeroki. Póki co jest tak idealnie zdrowy, że jeszcze owoców z niego nie ścinałam, choć też już się zaczerwieniły (choć miały być fioletowe).
Tak po barbarzyńsku i najprościej jak się da
Mam nadzieję, że lubicie barszcz czerwony? Dla mnie to idealne lekarstwo na wszystko: przeziębienie, ból brzucha, kaca, działanie alkoholu, przejedzenie, poprawę humoru i po prostu zwyczajnie na obiad i kolację. Przepisów na barszcz jest wiele, jak Polska długa i szeroka. Może być na słodko, słono i ostro. Ze śmietaną i bez, czysty i z burakami, z jajkiem, z kartoflami, krokietami, uszkami czy pasztecikami. Wigilijny i codzienny. I chyba ze względu na tą jego ogromną różnorodność, nigdy mi się nie nudzi.Barszcz jest dla mnie na tyle ważną zupą, że gdy słyszę, ze na weselu go nie podadzą, wolę tego wieczoru nie ryzykować z alkoholem ;)
Muffinki z czekoladą i chili...
... oraz alkoholem! A co jak szaleć to szaleć! Przepis, podobnie jak wcześniejsze z chili, pochodzi z książki "Diabelska kuchnia". Oznaczone jako średnio ostre, ale dla mnie były bardzo łagodne. W przepisie jest Anaheim, ale ja użyłam Super Chile sztuk 4 i nic nie piekło i nie bolało. Wyjątkowo smaczne, połączenie chili i czekolady od dawna cieszy się uznaniem, a w tych babeczkach jest po prostu fantastyczne. Porcja jest teoretycznie na 18 babeczek. Nie wiem jak wielkich foremek autor książki używał, ale ja w moich standardowych 4cm zrobiłam 19 babeczek a i tak jeszcze mi ciasto pouciekało na boki (nakładałam do pełna bo stwierdziłam że skoro zrobiłam 19 to bardziej nie wyrosną, o naiwności!). Przy napełnianiu do 3/4 wysokości foremki/foremki z papilotką pewnie wyjdzie ok 20.
Składniki:
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto nakładamy do 3/4 wysokości foremki. Nie polecam używania wyłącznie papilotek (pojedyncze foremki silikonowe też się mogą nie sprawdzić). Ciasto choć jest gęste, to i tak się "rozlewa" i niewygodnie przenosi, więc lepiej wykorzystać jakieś sztywniejsze formy. Pieczemy 20 minut (dla niemajacych termoobiegu jak ja: dodajemy jeszcze 5 minut z górną grzałką)
Do małego garnuszka wlewamy ciemny rum i brązowy cukier. Gotujemy na małym ogniu, aż się ładnie rozpuści.
Wyjmujemy muffinki z piekarnika. W każdej robimy wykałaczką kilka dziurek na środku. Dziurki zalewamy ciepłym syropem i odstawiamy do ostygnięcia. W ksiązce jest napisane, że szczelnie zamknięte można trzymać przez 3 dni (lub 3 miesiące zamrożone). U mnie i po 4 dniach były smaczne i pulchne. Pod moją nieobecność, moja bratanica wcięła ponoć 4. Nie otrzymałam żadnej skargi od brata i bratowej, żeby Młoda (lat 5) się jakoś dziwnie zachowywała, więc oznacza to, że dla dzieci też są niegroźne
Te dziury z boku muffinek są po silikonowych foremkach, które stały na blaszce. Mam za mały piekarnik do takich ilości ;)
Plamy na górze to ślad po nie do końca wchłoniętym syropie. Po godzinie nie było już po nich śladu. Smacznego!
Składniki:
- 1 łyżka drobno posiekanego chili bez nasion (u mnie małe Super Chile)
- 100 g gorzkiej czekolady
- 3 łyżki wódki (ja użyłam 5 łyżek białego rumu, bo miałam otwarty, a wódkę nie)
- 225 g miękkiego masła
- 200 g drobnego cukru
- 225 g mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 4 jajka
- 5 łyżek ciemnego rumu
- 2 łyżki jasnobrązowego cukru
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto nakładamy do 3/4 wysokości foremki. Nie polecam używania wyłącznie papilotek (pojedyncze foremki silikonowe też się mogą nie sprawdzić). Ciasto choć jest gęste, to i tak się "rozlewa" i niewygodnie przenosi, więc lepiej wykorzystać jakieś sztywniejsze formy. Pieczemy 20 minut (dla niemajacych termoobiegu jak ja: dodajemy jeszcze 5 minut z górną grzałką)
Do małego garnuszka wlewamy ciemny rum i brązowy cukier. Gotujemy na małym ogniu, aż się ładnie rozpuści.
Wyjmujemy muffinki z piekarnika. W każdej robimy wykałaczką kilka dziurek na środku. Dziurki zalewamy ciepłym syropem i odstawiamy do ostygnięcia. W ksiązce jest napisane, że szczelnie zamknięte można trzymać przez 3 dni (lub 3 miesiące zamrożone). U mnie i po 4 dniach były smaczne i pulchne. Pod moją nieobecność, moja bratanica wcięła ponoć 4. Nie otrzymałam żadnej skargi od brata i bratowej, żeby Młoda (lat 5) się jakoś dziwnie zachowywała, więc oznacza to, że dla dzieci też są niegroźne
Te dziury z boku muffinek są po silikonowych foremkach, które stały na blaszce. Mam za mały piekarnik do takich ilości ;)
Plamy na górze to ślad po nie do końca wchłoniętym syropie. Po godzinie nie było już po nich śladu. Smacznego!
Pogoda na przeziębienie
Jestem zmarzluchem strasznym. Temperatura spada poniżej 30 stopni, ja zaczynam nosić lekkie swetry. Poniżej 20 stopni zaczynam szczękać zębami. Poniżej 0, bez dopalaczy, przestaję funkcjonować. Ostatnio tak profilaktycznie zaczęłam łykać witaminkę C, żebym przypadkiem do czasu oddawania krwi się nie rozchorowała (a dodatkowo poprawia przyswajanie żelaza, więc krew jest lepszej jakości ;)) Szczególnie, że wokół mnie same zarazki latają. Zarówno w pracy, jak i w domu. Tacie wiecznie ciepło, co chwila łazi i balkon oraz okna na oścież otwiera. Mama łazi za nim i je zamyka, ale przez te ciągłe zabawy oboje chodzą teraz zakatarzeni i rozsiewają zarazki dookoła. Wychodzę z założenia, że w czasie przeziębienia, branie leków niewiele da, a jedynie upośledzi jeszcze organizm i przez większymi chorobami sam się nie będzie umiał obronić. I ta filozofia mi całkiem na zdrowie wychodzi. Jak już się pojawia kichanie i kaszel, to bakterie postanawiam wymordować jedynym uznanym sposobem. Przed kapsaicyną żadna bakteria się nie obroni. Z reguły była to meksykańska zupa fasolowa, na którą w niedalekiej przyszłości pewnie przepis też zamieszczę. Ale dziś chciałam zrobić coś odmiennego, nowego, i sycącego. No to znowu sięgnęłam do "Diabelskiej kuchni" i wybrałam przepis na Risotto z fasolką i chili, oznaczone jako "bardzo ostre". Zanim przejdę do składników, parę przemyśleń na temat dania. Porcja jest dla 4 osób, dla 3 to zdecydowanie za dużo, następnym razem będę robić z połowy porcji. Zwykły ryż się nie nadaje, mimo długiego gotowania jest nadal wyczuwalny przy gryzieniu. Kminek jest wyczuwalny, nadaje ciekawy aromat, więc jeśli ktoś go nie lubi, to mu nie podpasuje. Wybitnie sycące, nie trzeba robić dwudaniowego obiadu. I na koniec, poczułam się oszukana. Miało być super ostre, a było delikatne jak chlebek serowy. Niestety, ale to to risotto nie trafi na moją listę rozgrzewaczy zimowych. W przepisie są 2 chili Pequin i 2 zielone Bell. Użyłam 1 czerwonej Bell i 5 Super Chile. Pequin i Super Chile mają tę samą skalę ostrości (7), ale Super Chile jest większe. W mojej zupie fasolowej używam 3-4 Super Chile i jest ostrzejsza. Albo ja już mam tak przełyk przeżarty kapsaicyną, albo na taką ilość ryżu 6 papryczek to za mało.
Składniki:
Cebulę też siekamy na drobno. A pieczarki w kawałki (kapelusz na 4-6 części). Pomidory parzymy, obieramy ze skórki, usuwamy nasiona i kroimy w kostkę.
Rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę i podsmażamy, aż się nie zacznie kurczyć i rumienić. Dorzucamy pieczarki, chili i czosnek. Dokładnie mieszamy i smażymy do miękkości (jakieś 5 minut). Wsypujemy ryż i dokładnie mieszamy. Polewamy chochelką bulionu i mieszamy, aż się wchłonie. Kolejna chochelka i znowu mieszamy. Jak już połowa bulionu będzie zużyta, wrzucamy przyprawy i fasolę. Kontynuujemy dolewanie bulionu partiami. Jakieś 25 minut ciągłego mieszania później (niestety trzeba mieszać, bo się przykleja do dna), jak risotto zrobi się gęste, dorzucamy kukurydzę i pomidory oraz doprawiamy do smaku. Dokładnie mieszamy jeszcze kolejne kilka minut, upewniamy się, że ryż już nie chrupie i podajemy.
Nie ma obaw, mleko nie będzie potrzebne :)
A dla przeziębionych inna niezawodna mikstura. Do dzbanka wrzucamy kilka plastrów świeżego imbiru, dwie torebki herbaty i zalewamy wrzątkiem. A potem w kubku każdy dosładza sobie miodem. Wygrzeje i pysznie smakuje. Smacznego!
Składniki:
- 700 ml bulionu warzywnego (wzięłam z kostki i mam w nosie, że to ponoć niezdrowo)
- 2 łyżki oliwy z oliwek
- 1 duża cebula
- 10 dag pieczarek
- 1 ząbek czosnku
- 5 papryczek Super Chile
- 1 czerwona Bell
- 40 dag ryżu (w przepisie jest arborio i tego radzę się trzymać)
- 1 łyżeczka mielonego kminku (ja miałam w ziarenkach, wzięłam i wsypałam go do młynka z chili, więc kolejny punkt pominęłam)
- 1 łyżeczka mielonego chili
- sól i mielony pieprz
- 1 puszka (40 dag) czerwonej fasoli
- 1 puszka (35 dag) kukurydzy
- 3 duże pomidory
Cebulę też siekamy na drobno. A pieczarki w kawałki (kapelusz na 4-6 części). Pomidory parzymy, obieramy ze skórki, usuwamy nasiona i kroimy w kostkę.
Rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę i podsmażamy, aż się nie zacznie kurczyć i rumienić. Dorzucamy pieczarki, chili i czosnek. Dokładnie mieszamy i smażymy do miękkości (jakieś 5 minut). Wsypujemy ryż i dokładnie mieszamy. Polewamy chochelką bulionu i mieszamy, aż się wchłonie. Kolejna chochelka i znowu mieszamy. Jak już połowa bulionu będzie zużyta, wrzucamy przyprawy i fasolę. Kontynuujemy dolewanie bulionu partiami. Jakieś 25 minut ciągłego mieszania później (niestety trzeba mieszać, bo się przykleja do dna), jak risotto zrobi się gęste, dorzucamy kukurydzę i pomidory oraz doprawiamy do smaku. Dokładnie mieszamy jeszcze kolejne kilka minut, upewniamy się, że ryż już nie chrupie i podajemy.
Nie ma obaw, mleko nie będzie potrzebne :)
A dla przeziębionych inna niezawodna mikstura. Do dzbanka wrzucamy kilka plastrów świeżego imbiru, dwie torebki herbaty i zalewamy wrzątkiem. A potem w kubku każdy dosładza sobie miodem. Wygrzeje i pysznie smakuje. Smacznego!
Serowy Chleb z Chili
Gdy ktoś, tak jak ja, hoduje chili, z czasem zaczyna się zastanawiać, co z tym jeszcze można zrobić. No bo takie podstawowe ususzenie i zmielenie lub dodawanie świeżej do różnych potraw już przestaje wystarczać. I szuka się ciągle czegoś nowego, przepisów w których chili nie jest tylko dodatkiem, ale gra główną rolę. Potraw, które bez chili nie miałyby szansy bytu. Znająca doskonale moje upodobania przyjaciółka na tegoroczne urodziny podarowała mi książkę "Diabelska kuchnia. Aromatyczne, szalone, pikantne papryczki chili". W środku znajduje się nie tylko cała masa przepisów na dania z chili, ale także opis niektórych gatunków, sposoby przetwarzania i trochę porad pomieszanych z historią. Już od samego jej przeglądania ślinka cieknie. Niestety w tym roku moje papryczki bardzo wolno dojrzewają (głównie ze względu na bardzo ograniczoną ilość słonecznych, gorących dni). Zmieniają kolor partiami i dopiero gdy zetnę pewną część, kolejna zaczyna dojrzewać. Z tego powodu zbiory zazwyczaj są w weekendy i wtedy też kombinuję na co chili przeznaczyć. Dwa tygodnie temu robiłam przecier/sos z chili, doprawiałam ketchup mojej cioci, a resztę przeznaczyłam na mrożenie, żeby zimą móc robić rozgrzewające potrawy. Chili sobie spokojnie dojrzewały i wczoraj stwierdziłam, że koniec tego dobrego i czas na żniwa. Zaczęłam przeglądać wspomnianą wyżej książkę i stwierdziłam, że zrobię serowy chleb z chili (chyba głównie z tego powodu, że wszystkie składniki i tak miałam w domu). Jedyna zmiana jakiej dokonałam w przepisie to gatunek chili i sera. Zamiast wymienionych w przepisie 3 papryczek New Mexico, użyłam 2 Pepperoni. Po prostu New Mexico jeszcze nie posiadam, ale kupiłam w Lidlu piękny okaz i z nasionka już wzeszła niewielka roślinka. New Mexico jest delikatniejsza od Pepperoni i nie chciałam przesadzić, szczególnie że to porcja na 1 chlebek. A co do sera, po prostu nie znalazłam nigdzie w pobliżu cheddara :) Chleb wyszedł bardzo delikatny, na świeżo pachnący serem, właściwie nieostry, jedynie po chwili od zjedzenia pojawiło się uczucie delikatnego mrowienia w gardle. Ale myślę, że nawet osoba jadająca wyłącznie łagodne jedzenie, da sobie z tym radę :)
Składniki (po moich modyfikacjach):
- 2 ładne, grube papryczki Pepperoni (choć następnym razem wezmę 3)
- 100 ml mleka
- 2 łyżki masła
- 1/2 łyżeczki soli
- 1 opakowanie aktywnych suszonych drożdży (7g)
- 50 ml ciepłej wody
- 1 łyżeczka cukru
- 30 dag mąki uniwersalnej (ja wzięłam pszenną 450; razowa też się sprawdzi)
- 1 jajko, lekko ubite
- 10 dag pokrojonego w drobną kostkę lub startego sera Gouda
Z papryczek trzeba zdjąć skórkę. W przepisie jest żeby wsadzić je do piekarnika, ja po prostu nadziałam na widelec i opaliłam nad ogniem. Potem 10 min w zamkniętym pudełku. Na koniec wyjąć nasionka, zdjąć skórkę i miąższ pokroić w drobniutką kostkę.
Mleko podgrzewamy razem z masłem i solą. Jak się ładnie połączą, zdejmujemy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.
Drożdże wsypujemy do ciepłej wody i dokładnie mieszamy. Dodajemy cukier i mieszamy aż się rozpuści. Odstawiamy w ciepłe miejsce, do czasu aż podwoją swoją objętość i pojawi się pianka (jakieś 10-15 minut).
Do dużej miski wlewamy drożdże i mleko, dokładnie mieszamy. Dosypujemy 10 dag mąki, jajko, ser i chili. Ugniatamy i dosypujemy kolejne 10 dag mąki. Zagniatamy i wsypujemy resztę mąki. Stolnicę posypujemy mąką, przekładamy ciasto i ugniatamy jeszcze 10 minut. W razie potrzeby (która pewnie wystąpi) podsypujemy jeszcze mąką. Miskę smarujemy tłuszczem i z powrotem przekładamy do niej ciasto, tak żeby całe się lekko natłuściło. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinkę, żeby sobie urosło.
Formę na chleb można posmarować masłem lub wyłożyć papierem, ja wolę drugą opcję :) wyrośnięte ciasto jeszcze trochę ugniatamy, formujemy bochenek i przekładamy do formy. Przykrywamy i znowu odstawiamy, żeby podwoiło swoją objętość.
Tak wyglądał po włożeniu do blaszki. Natomiast przed włożeniem do pieca cisto sięgało już krawędzi.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Chlebek pieczemy 30 minut, ja na ostatnie 5 minut włączyłam jeszcze górną grzałkę (nie mam termoobiegu, a góra jakaś taka blada się wydawała. Będzie gotowy, gdy po lekkim stuknięciu w wierzch chlebka usłyszymy pusty dźwięk.
Niestety jakoś jest jaka jest, ponieważ nadal nie dysponuję akumulatorkami do aparatu i muszę ratować się telefonem, który w świetle żarówki niestety nie potrafi zrobić ładnej jakości zdjęć ;/
Jeszcze taki mały hint dla niedoświadczonych: od momentu "chili trafiają do pudełka", na dłoniach powinniście mieć założone rękawiczki. Lateksowe lub foliowe, ważne żeby chronić ręce. To że użyte papryczki nie są zbyt ostre nie ma większego znaczenia, ponieważ pod wpływem ciepła wydzielają dużo soku i łatwo mogą podrażnić skórę. Co ciekawe, gdy wygniatałam ciasto w lateksowych rękawiczkach, ciasto do nich w ogóle nie przywierało. Choć ze stolnicy musiałam momentami je skrobać nożem, to na dłoniach nie było nawet kawałeczka. Chyba teraz przy wyrabianiu jakiegokolwiek chleba będę ich używać :)
Żeby nie musieć zużywać 2 par, po odłożeniu ciasta na pierwsze wyrabianie dokładnie myjemy ręce w rękawiczkach oliwą i potem płynem do mycia naczyń. To zapobiegnie przeniesieniu się soku na dłonie przy ściąganiu i ponownym zakładaniu.
EDIT: Byłam w sklepie i w zasięgu mojego wzroku znalazł się cheddar. Tydzień temu go tam nie było, a tu nagle się pojawia. No to stwierdziłam, że chlebek mogę zrobić ponownie. W szafce mi leżała mieszanka do wypieku chleba słonecznikowego. Użyłam jej zamiast zwykłej mąki (choć musiałam wziąć 40 dag, ponieważ te 10 nadmiarowe stanowiły ziarna słonecznika)., tym razem użyłam 3 pepperoni i 10 dag sera cheddar. I nigdy więcej tego nie zrobię. Mimo użycia drożdży suchych (choć w mieszance teoretycznie są), chleb nie wyrósł w piekarniku nic ponad to, co wyrosło wcześniej. Ale sam chleb smakował jakbym wsypała do niego co najmniej 5 łyżek soli, a nie pół łyżeczki. Najprawdopodobniej ten słony smak wziął się z sera, ponieważ chleb z mieszanki nigdy taki słony nie wychodził. Chili było trochę mocniej wyczuwalne niż w wersji pierwotnej i to jest jedyna rzecz na plus. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja z Goudą.
Składniki (po moich modyfikacjach):
- 2 ładne, grube papryczki Pepperoni (choć następnym razem wezmę 3)
- 100 ml mleka
- 2 łyżki masła
- 1/2 łyżeczki soli
- 1 opakowanie aktywnych suszonych drożdży (7g)
- 50 ml ciepłej wody
- 1 łyżeczka cukru
- 30 dag mąki uniwersalnej (ja wzięłam pszenną 450; razowa też się sprawdzi)
- 1 jajko, lekko ubite
- 10 dag pokrojonego w drobną kostkę lub startego sera Gouda
Z papryczek trzeba zdjąć skórkę. W przepisie jest żeby wsadzić je do piekarnika, ja po prostu nadziałam na widelec i opaliłam nad ogniem. Potem 10 min w zamkniętym pudełku. Na koniec wyjąć nasionka, zdjąć skórkę i miąższ pokroić w drobniutką kostkę.
Mleko podgrzewamy razem z masłem i solą. Jak się ładnie połączą, zdejmujemy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.
Drożdże wsypujemy do ciepłej wody i dokładnie mieszamy. Dodajemy cukier i mieszamy aż się rozpuści. Odstawiamy w ciepłe miejsce, do czasu aż podwoją swoją objętość i pojawi się pianka (jakieś 10-15 minut).
Do dużej miski wlewamy drożdże i mleko, dokładnie mieszamy. Dosypujemy 10 dag mąki, jajko, ser i chili. Ugniatamy i dosypujemy kolejne 10 dag mąki. Zagniatamy i wsypujemy resztę mąki. Stolnicę posypujemy mąką, przekładamy ciasto i ugniatamy jeszcze 10 minut. W razie potrzeby (która pewnie wystąpi) podsypujemy jeszcze mąką. Miskę smarujemy tłuszczem i z powrotem przekładamy do niej ciasto, tak żeby całe się lekko natłuściło. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinkę, żeby sobie urosło.
Formę na chleb można posmarować masłem lub wyłożyć papierem, ja wolę drugą opcję :) wyrośnięte ciasto jeszcze trochę ugniatamy, formujemy bochenek i przekładamy do formy. Przykrywamy i znowu odstawiamy, żeby podwoiło swoją objętość.
Tak wyglądał po włożeniu do blaszki. Natomiast przed włożeniem do pieca cisto sięgało już krawędzi.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Chlebek pieczemy 30 minut, ja na ostatnie 5 minut włączyłam jeszcze górną grzałkę (nie mam termoobiegu, a góra jakaś taka blada się wydawała. Będzie gotowy, gdy po lekkim stuknięciu w wierzch chlebka usłyszymy pusty dźwięk.
Niestety jakoś jest jaka jest, ponieważ nadal nie dysponuję akumulatorkami do aparatu i muszę ratować się telefonem, który w świetle żarówki niestety nie potrafi zrobić ładnej jakości zdjęć ;/
Jeszcze taki mały hint dla niedoświadczonych: od momentu "chili trafiają do pudełka", na dłoniach powinniście mieć założone rękawiczki. Lateksowe lub foliowe, ważne żeby chronić ręce. To że użyte papryczki nie są zbyt ostre nie ma większego znaczenia, ponieważ pod wpływem ciepła wydzielają dużo soku i łatwo mogą podrażnić skórę. Co ciekawe, gdy wygniatałam ciasto w lateksowych rękawiczkach, ciasto do nich w ogóle nie przywierało. Choć ze stolnicy musiałam momentami je skrobać nożem, to na dłoniach nie było nawet kawałeczka. Chyba teraz przy wyrabianiu jakiegokolwiek chleba będę ich używać :)
Żeby nie musieć zużywać 2 par, po odłożeniu ciasta na pierwsze wyrabianie dokładnie myjemy ręce w rękawiczkach oliwą i potem płynem do mycia naczyń. To zapobiegnie przeniesieniu się soku na dłonie przy ściąganiu i ponownym zakładaniu.
EDIT: Byłam w sklepie i w zasięgu mojego wzroku znalazł się cheddar. Tydzień temu go tam nie było, a tu nagle się pojawia. No to stwierdziłam, że chlebek mogę zrobić ponownie. W szafce mi leżała mieszanka do wypieku chleba słonecznikowego. Użyłam jej zamiast zwykłej mąki (choć musiałam wziąć 40 dag, ponieważ te 10 nadmiarowe stanowiły ziarna słonecznika)., tym razem użyłam 3 pepperoni i 10 dag sera cheddar. I nigdy więcej tego nie zrobię. Mimo użycia drożdży suchych (choć w mieszance teoretycznie są), chleb nie wyrósł w piekarniku nic ponad to, co wyrosło wcześniej. Ale sam chleb smakował jakbym wsypała do niego co najmniej 5 łyżek soli, a nie pół łyżeczki. Najprawdopodobniej ten słony smak wziął się z sera, ponieważ chleb z mieszanki nigdy taki słony nie wychodził. Chili było trochę mocniej wyczuwalne niż w wersji pierwotnej i to jest jedyna rzecz na plus. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja z Goudą.
Ostra zabawa
Jak pisałam w pierwszej notce chili to moje ukochane dziecko. Niestety, jak to dziecko, jest krnąbrne i nie zawsze odwzajemnia moją miłość. Jesień w hodowli jest okresem, kiedy zaczynam zbierać ostatnie owoce i rozdzielać je do przetworzenia, aby móc się cieszyć ich smakiem także zimą. W tym roku jednak moje chili zaczęły owocować dużo później niż zwykle i jeśli jesień dopisze, to do października jeszcze jeden plon powinnam z nich zebrać. Wczoraj uzbrojona w nożyczki zaczęłam ścinać wszystkie dojrzałe, aby krzaki mogły wypuścić jeszcze nowe kwiaty. Z zeszłego roku mam jeszcze całe mnóstwo suszonej i zmielonej, więc tym razem większa część zebranych owoców została przeznaczona na pastę/sos. Ponieważ przeprowadzenie całej operacji wymaga dość dużych środków ostrożności, nie było jak robić zdjęć. W proces produkcji zaangażowałam też rodziców, bo bez ich pomocy pewnie do dziś bym siedziała w kuchni.
Żeby móc z chili zrobić idealną, gładką pastę, należy najpierw zdjąć z niej skórkę. Aby to zrobić konieczne jest jej opalenie nad ogniem. Można wykorzystać do tego piekarnik lub nadziewać po kolei papryczki na widelec i podgrzewać nad ogniem. Papryczka pod wpływem ciepła zaczyna skwierczeć, następnie pojawiają się na niej czarne plamy i skórka zaczyna strzelać. Wtedy szybko należy wrzucić ją do plastikowego woreczka lub szczelnego pojemnika i poczekać 10 minut, aż ostygnie. Po tym czasie skórka sama odchodzi. Tyle teoria.
Chili wymaga szacunku. Jej ostrości nie można lekceważyć. Jeśli chodzi o praktykę opalania i obierania chili, zachowaj odpowiednie środki ostrożności:
Ten mały słoiczek ma w sobie pastę z ok. 200g zmielonej chili Habenero i Peperoni
Jest wielkości Habanero, ale porcji z niego powinno wystarczyć na pół roku.
Żeby móc z chili zrobić idealną, gładką pastę, należy najpierw zdjąć z niej skórkę. Aby to zrobić konieczne jest jej opalenie nad ogniem. Można wykorzystać do tego piekarnik lub nadziewać po kolei papryczki na widelec i podgrzewać nad ogniem. Papryczka pod wpływem ciepła zaczyna skwierczeć, następnie pojawiają się na niej czarne plamy i skórka zaczyna strzelać. Wtedy szybko należy wrzucić ją do plastikowego woreczka lub szczelnego pojemnika i poczekać 10 minut, aż ostygnie. Po tym czasie skórka sama odchodzi. Tyle teoria.
Chili wymaga szacunku. Jej ostrości nie można lekceważyć. Jeśli chodzi o praktykę opalania i obierania chili, zachowaj odpowiednie środki ostrożności:
- Nigdy nie pochylaj się nad strzelającą papryką - ona ma niezwykłego cela! Choć w moim przypadku papryka strzeliła już wystudzona, z której właśnie ściągałam skórkę. Sok trafił prosto w oko. Na szczęście nie było to po raz pierwszy, więc obyło się bez paniki. Ale mimo doświadczenia i tak jest to bolesna sprawa.
- Przy ściąganiu papryki z widelca wstrzymaj oddech i jeśli masz wrażliwe oczy załóż okulary. Wraz z gorącem ulatują z niej opary kapsaicyny. Jak się tym solidnie zaciągniesz, to cię zatka. Twoje płuca krzykną z rozpaczy i na chwilę zamkną się w sobie. To serio nie jest przyjemne uczucie. Gdy już odzyskasz dech, szklanka mleka pomoże złagodzić pieczenie w gardle.
- Przy jednej papryczce stężenie kapsaicyny w powietrzu nie jest duże, ale przy obieraniu 0,5 kg warto otworzyć okno, a usta i nos zasłonić grubą, bawełnianą chustką. I koniecznie zaopatrz się w mleko lub jogurt. No chyba, że ktoś lubi pić olej lub jeść masło to też można. Opary są tak intensywne, że co jakiś czas trzeba sobie łyknąć :)
- Opieczona papryka puszcza dużo soku. Bez rękawiczek nie da rady. najlepiej wykorzystać lateksowe, ściśle przylegające do dłoni. W przypadku, gdy trzeba rękawiczki zdjąć (np. żeby przemyć oko), a potem wrócić do pracy, zakładamy nową parę. Założenie tej samej pary skutkuje tym, że sok może się dostać pod rękawiczkę i będzie piekło.
- Za mocno opieczona papryka się rozłazi. Dosłownie. I wtedy trzeba ją zeskrobywać ze skórki.
- Najpierw przekrawamy papryczkę na pół i wyciągamy nasionka, dopiero potem ściągamy skórkę. Chili pozbawiona skórki jest bardzo śliska i nasionka się przylepiają gdzie tylko się da.
Ten mały słoiczek ma w sobie pastę z ok. 200g zmielonej chili Habenero i Peperoni
Jest wielkości Habanero, ale porcji z niego powinno wystarczyć na pół roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















