Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lodówkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lodówkowe. Pokaż wszystkie posty

Pourodzinowo

Znowu zaległości mi się na blogu narobiły. Staż zamienił się już w stałą pracę, więc obowiązków też mi przybyło. A moje dotąd dość spokojnie życie towarzyskie nagle stało się wyjątkowo intensywne. W domu jestem ledwo gościem i tak jak zdarza mi się piec i gotować, tak już czasu mi brakuje, żeby tu zamieścić. Ale się staram wszystko pogodzić i w końcu mi się uda wszystko rozplanować w czasie.

I znowu banany!

Zabrałam się dzisiaj za czyszczenie mojej dosyć pokaźnej kolekcji słoni. Niestety każdy z tych słoni ma to do siebie, że jest idealnym zbieraczem kurzu. A do tego praktycznie 95% mojej kolekcji ma mnóstwo zdobień i wgłębień, w których ten kurz uwielbia się gromadzić. Tym samym najwygodniejszą metodą czyszczenia jest moczenie w wodzie i wycieranie do sucha. Jak już wszystkie będą oczyszczone i nadające się do pokazywania, może zamieszczę trochę zdjęć :)

Żeby się za bardzo nie umartwiać tym sprzątaniem, postanowiłam się pocieszyć jakimś ciachem z kremem. Chciałam coś dobrego, słodkiego i w miarę szybkiego. Do głowy mi przyszła cała masa przepisów, ale jeden już od dawna do mnie wracał i w końcu zdecydowałam się na Kopiec Kreta. Wadą ciasta jest, że niestety musi leżeć w lodówce. Dlatego lubię je robić zimą, bo wtedy po prostu wywalam szczelnie zamknięty pojemnik z ciastem na balkon i jest spokój. A tak trzeba w lodówce poprzykrywać wszystko co emituje zapachy (np cebula czy sos czosnkowy), bo pojemnik na ciacho się nie zmieści.
Kiedy pierwszy raz chciałam zrobić Kopiec Kreta wybrałam opcję z pudełka. To jeszcze były czasy, kiedy moje zdolności kulinarne ograniczały się do wyklepania i usmażenia kotletów i upieczenia samodzielnie ciasta o wdzięcznej nazwie "ciasto, które zawsze się udaje" (w moim wykonaniu i przypala). O czymś takim jak blogi kulinarne nikt wtedy nie słyszał, bo internet w Polsce dopiero raczkował. Niestety źle przeczytałam instrukcję na pudełku i zamiast masła, do masy na ciasto wlałam całą kremówkę. Sytuację uratowała moja mama, ale zamiast kopca mieliśmy płaski placek z bananami, a ja się zraziłam do niego na kilka lat. Z koleżankami się śmiałyśmy wtedy, że "kopiec przeżył, ale kret zdechł". W zeszłym roku ponownie spróbowałam, tym razem od podstaw samodzielnie z przepisu. I wyszedł perfekcyjnie. Roboty z nim niewiele, jedynie przy usypywaniu kopca trochę się bałagani. Idealne na wieczorny deser. No i oczywiście z moimi ukochanymi bananami :)

Składniki:
Ciasto:
  • 0,5 kostki margaryny (125 g)
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 jajka
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/3 szklanki wody
  • 2 łyżki dobrego ciemnego kakao
Krem:
  • 400 g śmietany kremówki
  • 2 śmietan-fixy
  • 1,5 łyżki cukru pudru
  • 1 tabliczka czekolady deserowej lub gorzkiej
  • 3 banany
  • 1 torebka cukru wanilinowego
Ciasto:
Margarynę, cukier, kakao i wodę wkładamy do rondelka, gotujemy mieszając, aż się wszystko ładnie rozpuści i połączy. Studzimy. Żółtka oddzielamy od białek. Masę czekoladową i żółtka wlewamy do miski i mieszamy. Dosypujemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i znowu dokładnie mieszamy. Z białek ubijamy sztywną pianę i delikatnie łączymy z resztą masy. średnią tortownicę (ok 27-30 cm średnicy) smarujemy tłuszczem i obsypujemy bułką tartą. Można też wyłożyć spód papierem do pieczenia i obsypać boki bułką. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto pieczemy przez 25 minut - do suchego patyczka. Z lekko wystudzonego delikatnie wydrążamy środek. Ponieważ na górze jest chrupiąca skórka, najlepiej wyciąć sobie nożem linie i po nich zeskrobywać łyżką. Zostawiamy dno i boki, na ok 1,5 cm grubości. To co zostało wyskrobane, kruszymy na drobno i odkładamy do miseczki.



Krem:
Czekoladę drobno siekamy. Kremówkę ubijamy ze śmietan-fixami, cukrem wanilinowym i cukrem pudrem. Dodajemy do niej czekoladę i delikatnie mieszamy.

Kopiec:
Na dnie wydrążonego ciasta układamy połówki bananów. Jak komuś przeszkadza brązowienie, może pokropić kilkoma kroplami cytryny, ale bita śmietana wtedy krócej się trzyma. Dwa mi się zawsze mieszczą całe, a trzeci banan służy do uzupełniania dziur pomiędzy nimi.

Na banany nakładamy bitą śmietanę i formujemy z niej kopiec. I ostatnia część zabawy. Bierzemy okruchy ciasta i jak kto woli: posypujemy lub nakładamy na śmietanę. Ja zawsze wolę drugą wersję, bo mnie się rozsypuje i wygodniej dziury się uzupełnia. Okruchy lekko dociskamy do śmietany, żeby nie uciekały. Na koniec wkładamy na 2 godziny do lodówki, żeby się "ustabilizowało".



Smacznego!

Spóźnione z okazji Światowego Dnia Czekolady

Miało być wczoraj, ale wczorajszy dzień był zły. nawet nie tak zwyczajnie zły, ale bardzo zły. Taki z rodzaju: nic się nie udaje, nic nie wychodzi, nic się nie chce. Z racji, że wczoraj był taki dzień, uznałam że dodawanie czegokolwiek na bloga może mieć fatalne skutki i lepiej nie ryzykować.
Wczoraj podobno był Światowy Dzień Czekolady. Mój cudowny kalendarz z kotem Simona nic o tym nie wspomina (a ma odnotowane takie święta jak dzień spania w miejscach publicznych czy dzień wiatru), ale wszyscy trąbili o tym na facebooku, więc coś musi być na rzeczy.

Ogółem mój plan na zrobienie bloku zrodził się już w weekend, zanim jeszcze cokolwiek o dniu czekolady wiedziałam. Otóż zadzwonił mój brat, który obecnie mieszka w Anglii, aby mama podała mu przepis na blok, bo on już chce zrobić, żeby na jego urodziny był gotowy. No i jak tak posłuchałam, to mi też ślinka pociekła. Bo blok to nie jest ciasto - w końcu się go nie piecze. Ale to też nie typowy deser, bo łyżeczką nie da rady go wcinać. Blok to blok. Zawsze na każde urodziny moje i moich braci, oraz z okazji świąt Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jest robiony blok. A w tym roku na moich urodzinach go nie było. Sama tak zdecydowałam, bo nie robiłam jak co roku dużej imprezy, to nie było sensu szykować góry jedzenia, żeby potem się marnowało. No ale jednak taka przerwa dłuższa dała się odczuć i uznałam, że blok musi być. Na szczęście, mimo pechowości wczorajszego dnia, blok jak zwykle się udał. Zresztą nie ma możliwości, żeby się nie udał. Ale potrzeba dużo miejsca w zamrażalniku - tak żeby keksówka się zmieściła. Chyba że robimy go w czasie jesiennych/zimowych/przedwiosennych chłodów, to wtedy może i być dobrze zabezpieczony na balkonie. I takie małe ostrzeżenie: jak robisz blok cała twoja dieta idzie w cholerę, a twoja godność razem z nią, ale o tym na koniec. W przepisie użyję zdjęć poglądowych i proszę się nie śmiać z mojej oldschoolowej miski, ona ma ponad 30 lat, szacunek jej się należy!

Potrzebne będą:
  • 2 szklanki mleka w proszku (w proszku, nie granulowanego - WAŻNE)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1 margaryna
  • 3 łyżki dobrego ciemnego kakao (takie z lekkim czubem)
  • 10-15 dag orzechów:
    • jakich komu pasuje, ja mieszam laskowe, włoskie i migdały, a raz nawet dodałam ziemne i też był boski,
    •  jest to zdecydowanie porcja umowna, ponieważ każdy sypie ile ma, ile mu pasuje lub ile woli
  • wafle suche tortowe
  • 3 paczki herbatników (petit lub inne bez dodatków, paczki takie podwójne, nie te maleńkie)
  • 100 ml wody
Do małego garnka wrzucamy margarynę (tak całą, można pokroić na kawałki, ale ja z reguły zostawiam w całości), kakao, 1 szklankę cukru i zagotować, aż się wszystko ładnie połączy. Co jakiś czas pomieszać, żeby się nie przypaliło. Na poparzone od łyżki usta polecam nałożyć solidną warstwę żelu dentystycznego lub aloesu i następnym razem zapamiętać, żeby pochuchać solidnie przed kolejnym podjadaniem.
Do dużej michy wsypujemy mleko w proszku, 0,5 szklanki cukru i wodę. Miksujemy aż wyjdzie gładka masa. Co jakiś czas trzeba dać odpocząć mikserowi, co by się nie spalił, bo może być ciężko. Jak już czekolada w garnku się ładnie wymieszała, to dodajemy jej po trochu do masy i miksujemy, aż do wykorzystania całej. Zbieramy masę z boków michy - NIE PALCAMI! - i miksujemy ponownie do gładkości.


Zanim przejdziemy do kolejnego punktu szykowania, trzeba przygotować blachę. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, lub śniadaniowym lub folią, tak żeby zapas wystawał po bokach (żeby potem można było blok tym zapasem nakryć), ładnie dociskamy do brzegów. Ma się nie ruszać. Na dno kładziemy pojedynczo obok siebie herbatniki (w całości), tak żeby mniej więcej spód keksówki był zakryty.

Jak to już zrobione, to pozostałe herbatniki lekko ściskamy dłonią (żeby się połamały na kawałki) i wrzucamy wszystkie do masy. Dorzucamy orzechy, zgodnie z preferencjami i upodobaniem - np. po garści każdego rodzaju. W całości, ewentualnie można włoskie połamać na mniejsze, ale bez przesady. Bierzemy dwa wafle z paczki, łamiemy na kawałki tak jak herbatniki i wrzucamy do michy.





I teraz nasza cała godność idzie w cholerę, bo trzeba to wszystko pięknie wymieszać. Pięknie się nie da, bo nawet przy profesjonalnym sprzęcie i tak się upaprzesz czekoladą, więc nie ma sensu się starać. Dieta idzie zaraz za nią, bo jeszcze zanim jest dobrze wymieszane, zaczynasz powoli podpróbowywać, a to orzeszka, a to wafelka czy herbatnika. Sprawdzamy jak to wygląda. Jak widać dużo czekolady - w sensie mieszanka dodatków jest nie tyle nią pokryta, co w niej jeszcze pływa lub jeszcze nią ocieka, to dokładamy kolejnego wafla i kolejnego. Gotowe będzie jak nam się ładnie pokryje wszystko czekoladą, ale nie będzie ona ściekać, kapać itp.





Zaczynamy powoli przekładać masę do keksówki. Po jednej łyżce, tak żeby dno się zakryło równomiernie. Bierzemy do ręki tłuczek kuchenny (jakby ktoś miał wątpliwości o jaki mi chodzi, to po kliknięciu w tłuczek wyskoczy wam obrazek jaki) i ładnie wszystko ugniatamy na równo, tak żeby wszystkie przestrzenie zostały wypełnione zgniecioną masą. Kładziemy kolejną warstwę i znowu ugniatamy. Ugniatamy solidnie, żeby i blok był spójny (dlatego nie może być za dużo "luźnej" czekolady bo inaczej będzie się rozpadał) i jak najwięcej się zmieściło. Wykładamy do czasu wykończenia masy lub keksówki. Moja ma 40 cm i choć z reguły to masa wykańcza się pierwsza (wspomagana przez wcześniejsze podjadanie), to raz z bratem przesadziliśmy i zostało nam jeszcze sporo w misce. Oboje byliśmy już wtedy pełnoletni, ale po zakończeniu wyglądaliśmy jak dzieciaki, które dobrały się do słoika nutelli lub zapasów czekolady w barku. Nie tylko ręce ale i twarze mieliśmy całe w czekoladzie.

Ugnieciony w keksówce blok zawijamy w wystającą folię/papier i wkładamy do zamrażalnika (lub na balkon - wtedy radziłabym zabezpieczyć jeszcze dwoma torbami).



Niech sobie poleży nockę przynajmniej, ale jak poleży i tydzień, to nic mu nie będzie. Idealny jak ma się czas kilka dni przed (np. świętami), bo na dzień przed planowaną imprezą jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.

Jak już się wyleżakuje i ładnie stwardnieje, to można zabrać się do szamania. I tu jest odpowiedź na pytanie po co papie czy folia. Otóż zamarznięty blok nie tak łatwo da się wyłuskać z keksówki, z papierem jest po prostu wygodniej go wyszarpać. Do pokrojenia też radziłabym użyć grubszego noża, przy takim natężeniu dodatków pokrojenie go wymaga nie lada siły. Ale wszelkie te trudy warte są tego smaku. Po dwóch kawałkach zdrowy rozsądek woła dość, ale mózg ma ochotę na więcej i więcej. I tym sposobem wcinamy milion kalorii, ale kto by się tym przejmował :) Smacznego!