Znowu zaległości mi się na blogu narobiły. Staż zamienił się już w stałą pracę, więc obowiązków też mi przybyło. A moje dotąd dość spokojnie życie towarzyskie nagle stało się wyjątkowo intensywne. W domu jestem ledwo gościem i tak jak zdarza mi się piec i gotować, tak już czasu mi brakuje, żeby tu zamieścić. Ale się staram wszystko pogodzić i w końcu mi się uda wszystko rozplanować w czasie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynamon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynamon. Pokaż wszystkie posty
Bułeczki od Niebieskiej Łyżki
W notce powitalnej na blogu napisałam, że pewnie zdarzy mi się podawać przepisy z innych blogów kulinarnych. Tak właśnie będzie dzisiaj. Na Blue Spoon trafiłam, gdy szukałam jakiegoś ciekawego przepisu na zupę-krem z pora. Co prawda w końcu zrobiłam ją w wersji kombinowanej, zupełnie inaczej niż w przepisie, który tam znalazłam, ale blog od tej pory stał się jednym z tych, które lubiłam odwiedzać co najmniej raz w tygodniu. Przepisy podawane na nim są proste i przepyszne. Zupa-krem z cukinii odczarowała dla mnie to warzywo, dzięki czemu wreszcie je polubiłam. Jeśli szukam jakiegoś przepisu na muffinki, to najczęściej najpierw zaglądam właśnie tam. Wypróbowałam wiele z jej przepisów, ale dziś podam wam ten, którym jestem szczególnie zachwycona. Właściwie to przepis, który ktoś wysłał do niej na konkurs, ale gdyby nie Blue Spoon, nigdy bym go nie wypróbowała. Robiłam już wielokrotnie, więc u mnie także przeszedł drobną modyfikację. Oryginalny znajdziecie tutaj.
Francuski chlebek z bakaliami
Brat przyjechał z Londynu i powiedział, że koniecznie muszę zrobić francuski chlebek z rodzynkami i orzechami. Że pycha, je się bez niczego, w ogóle cud, mód i orzeszki. No to jak taki dobry, to chyba trzeba wypróbować. Zapomniał tylko powiedzieć, że chlebek wychodzi bardzo piernikowy. Gdybym wiedziała, dodałabym jeszcze łyżeczkę przyprawy korzennej. Niezbyt przepadam za rodzynkami, więc domowy zapas nie jest często uzupełniany i okazało się, że mam ich trochę za mało. Użyłam więc suszonej żurawiny, którą wymieszałam z rodzynkami. Ciasto jest "muffinkowe" czy standardowo: suche z suchymi, mokre z mokrymi, na koniec szybkie mieszanie + dodatki i do nagrzanego piekarnika. Ale zanim podam przepis na chlebek, zacznę od musu jabłkowego, który jest do niego potrzebny. Jakimś cudem te 20 kg jabłek, które mama przywiozła od rodziny po 1 listopada, praktycznie wyparowały. W ciągu dwóch tygodni. Mój tata zjada ich ogromne ilości. Na szczęście kilka się ostało, w sam raz na moje potrzeby.
Etykiety:
bakalie,
chlebek na słodko,
cynamon,
dla cierpliwych,
jabłka,
korzenne,
orzechy
I znowu dynia!
Dziś będzie krótko, szybko i na temat! Pamiętacie kompot z dyni? Robiliście? Smakował? No ba! A co zrobić z kawałkami owoców? Szczególnie jak ktoś nie lubi pogryzać? U mnie w piwnicy jeszcze 4 dynie leżą i trzeba pozjadać, bo się zmarnują. No to znowu kompot, a z owoców racuchy. Idealne na szybki, trochę słodki obiad. Porcja wychodzi dość spora, więc nawet trzech wielkich chłopów powinno się najeść. Ponieważ dynia w kompocie była z goździkami i cynamonem, racuchy też nimi lekko smakują. Idealne na nadchodzące zimne popołudnia i wieczory. Podane porcje są orientacyjne, bo ciasto raz wychodzi bardziej gęste, raz rzadsze.
Jabłkowo
Rodzice wrócili z odwiedzania rodzinnych stron przy okazji Wszystkich Świętych. A z tych odwiedzin tradycyjnie przyjechali dodatkowo obładowani: tata wędlinami i innymi mięsnymi wyrobami, mama jabłkami. Oryginalnymi, naturalnymi jabłkami. Takimi co w środku mają mnóstwo pestek, nie są pryskane pestycydami, a po ugryzieniu sok spływa po brodzie. Nic tylko się zajadać. Ale okazję trzeba wykorzystać i coś upiec. Ponieważ moje dotychczasowe szarlotki z reguły po rozkrojeniu rozdzielały się na ciasto, jabłka i kruszonkę i bez łyżeczki nie było jak się do tego dobrać, tym razem znowu postanowiłyśmy pokombinować. I wyszło: słodkie, ale nie za mocno, trzymające się w całości, pachnące cynamonem ciacho z jabłkami. AHA, żeby nie było. Choć w smaku jest delikatnie słodkie, to cukru w nim mnóstwo, więc jak ktoś ma jakieś skrzywienie pod względem ograniczania, to sorry, nie tym razem.
Po raz trzeci i na jakiś czas ostatni
No ile można z tą dynią? Rodzice przywieźli od babci taką wielgachną 5,5kg no i co z tym zrobić? Jak będzie leżeć to w końcu coś się w niej zalęgnie. No to stwierdziłam, że pójdzie na puree z dyni, potem wszystko wsadzić do słoików, zapasteryzować i będzie na inny termin. A tata tak chodził i chodził i coś o kompocie przebąkiwał. No i w końcu dosłyszałam "a jaki kompot z dyni jest dobry". I tak pomyślałam: kompot? Kurcze, w życiu nie słyszałam. Jedynie co, to w Harrym Potterze, ale to sok był przecież a nie kompot. No to stwierdziłam, że skoro taki dobry, to można by spróbować. I wiecie co, całkiem niezły wyszedł. Tylko ponoć moja babcia do zakwaszenia go dodawała octu, ale nie chciałyśmy z mamą ryzykować z tym octem i zastąpiłyśmy go cytryną i pigwą. Wyszedł dość słodki, z korzenną nutą, ale nie ulepek, czyli taki który świetnie pasuje do obiadu. A z owoców z soku będą racuchy! Ale o tym kiedy indziej, bo serio ta cała dynia już bokiem wychodzi ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
