Znowu zaległości mi się na blogu narobiły. Staż zamienił się już w stałą pracę, więc obowiązków też mi przybyło. A moje dotąd dość spokojnie życie towarzyskie nagle stało się wyjątkowo intensywne. W domu jestem ledwo gościem i tak jak zdarza mi się piec i gotować, tak już czasu mi brakuje, żeby tu zamieścić. Ale się staram wszystko pogodzić i w końcu mi się uda wszystko rozplanować w czasie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z kremem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z kremem. Pokaż wszystkie posty
Mój słodki bananowy powrót
Banan mi sczerniał w kuchni. Do jedzenia się taki nie nadaje, ale do ciasta już tak. Kopiec kreta był, bananowiec też, bo to czas na banoffie. Przepis dostałam od przyjaciółki, która wprowadziła w tradycyjnym pewne modyfikacje. I bardzo mi taki pasuje. Robi się błyskawicznie (szczególnie na 4 ręce). Jest na tyle słodki, że kawałek zaspokoi bardzo silne zapotrzebowanie na cukier.
Snikers
Super słodkie ciasta robię dość rzadko. Głównie ze względu na mojego tatę, który jako cukrzyk musi pilnować poziomu cukru. Z tego względu my też ograniczamy mega słodkie rzeczy, żeby jemu pod nosem tym nie machać, kiedy z mamą się zajadamy. Ale od czasu do czasu można, szczególnie w taki dzień jak dziś. Kiedy jest szaro, zimno i deszczowo tylko coś słodkiego pomoże podnieść ciśnienie. Ogółem przymierzałam się do Snikersa już kilka razy, ale zawsze mnie zniechęcało samo przeczytanie przepisu. W praktyce okazało się jednak, że tak dużo roboty z nim nie ma, szczególnie jeśli ma się dodatkową parę rąk do pomocy. Ciasto jest słodkie, ale zjadalne jak tort. Jeden kawałek na kilka godzin wystarczy :) Jak ktoś nie ma trzech identycznych blaszek (u mnie każda inna), to blachę najlepiej wyłożyć papierem do pieczenia - łatwo wtedy wyjąć ciasto bez uszkodzenia go. W takim przypadku trzeba sobie dokładnie zapamiętać/zapisać ile poszczególne blaty leżały w piekarniku, żeby odpowiedni kolorek miały. Ja oczywiście o tym nie pomyślałam, piekłam na czuja i przy trzecim za długo go trzymałam. Na szczęście się nie spalił, a jedynie mocniej zarumienił. Smak wyszedł taki sam jak dwóch pozostałych, więc jest ok :)
Ciasto:
Krem II: puszka skondensowanego mleka słodzonego
Na początek wkładamy puszkę z mlekiem do gara, zalewamy wodą i gotujemy przez 3 godziny pod przykryciem. W razie czego dolewamy gorącej wody. Po 3 godzinach puszkę wyjmujemy i odkładamy do ostygnięcia. Można się zabierać za ciasto.
Mąkę mieszamy z sodą oczyszczoną i przesiewamy na stolnicę. Wrzucamy na to margarynę i siekamy na drobno. Dokładamy pozostałe składniki na ciasto i dokładnie zagniatamy. Dzielimy na trzy części.
Składniki na polewę wrzucamy do rondla, podgrzewamy aż się wszystko ładnie połączy i wymiesza i gotowe.
Dla posiadających trzy takie same blachy (gdzie wy to trzymacie?) - każdą blachę wylepiamy ciastem. Na jeden blat wylewamy równomiernie polewę. Wkładamy wszystko razem do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy, aż się ładnie zrumieni na złoto.
Dla posiadających jedynie jedną 20x30 cm lub podobną: blachę wykładamy papierem do pieczenia, tak żeby boki wystawały ponad krawędzie blachy i wylepiamy ciastem. Pieczemy jakieś 10 minut w 180 stopniach, aż się ładnie zrumieni. Przy pomocy drugiej osoby wyciągamy ciasto za pomocą wystającego papieru. Wykładamy kolejnym arkuszem, wylepiamy ciastem i do pieca. Zasada ta sama. Na końcu pieczemy blat z wylaną na wierzchu polewą orzechową. Ten musi posiedzieć chwilkę dłużej (myślę że 15 minut mu wystarczy). Dajemy mu wystygnąć na blaszce.
Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, ale używając o 1/3 mleka mniej.
Na pierwszy blat kładziemy budyń. Na drugi kajmak z puszki - czyli to ugotowane mleko. Na koniec przykrywamy trzecim blatem. Tylko wyjmijcie wcześniej spod nich papier :P Ciacho niech sobie chwilę poleży i ustabilizuje. Jeśli zrobicie je rano, przed obiadem, to na popołudniową kawkę będzie już gotowe.
Moja górna warstwa wygląda trochę jak od murzynka.
Kajmak w cieple lubi uciekać
Smacznego!
Ciasto:
- 60 dag mąki
- 3/4 szklanki cukru
- 2 jajka
- 2 żółtka
- 20 dag margaryny
- 3 łyżki mleka
- 3 łyżki miodu
- 2 łyżeczki sody
- 1 opakowanie cukru wanilinowego
- 1/2 kostki margaryny
- 4 łyżki cukru
- 2 łyżki miodu
- 20 dag posiekanych orzechów włoskich
Krem II: puszka skondensowanego mleka słodzonego
Na początek wkładamy puszkę z mlekiem do gara, zalewamy wodą i gotujemy przez 3 godziny pod przykryciem. W razie czego dolewamy gorącej wody. Po 3 godzinach puszkę wyjmujemy i odkładamy do ostygnięcia. Można się zabierać za ciasto.
Mąkę mieszamy z sodą oczyszczoną i przesiewamy na stolnicę. Wrzucamy na to margarynę i siekamy na drobno. Dokładamy pozostałe składniki na ciasto i dokładnie zagniatamy. Dzielimy na trzy części.
Składniki na polewę wrzucamy do rondla, podgrzewamy aż się wszystko ładnie połączy i wymiesza i gotowe.
Dla posiadających trzy takie same blachy (gdzie wy to trzymacie?) - każdą blachę wylepiamy ciastem. Na jeden blat wylewamy równomiernie polewę. Wkładamy wszystko razem do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy, aż się ładnie zrumieni na złoto.
Dla posiadających jedynie jedną 20x30 cm lub podobną: blachę wykładamy papierem do pieczenia, tak żeby boki wystawały ponad krawędzie blachy i wylepiamy ciastem. Pieczemy jakieś 10 minut w 180 stopniach, aż się ładnie zrumieni. Przy pomocy drugiej osoby wyciągamy ciasto za pomocą wystającego papieru. Wykładamy kolejnym arkuszem, wylepiamy ciastem i do pieca. Zasada ta sama. Na końcu pieczemy blat z wylaną na wierzchu polewą orzechową. Ten musi posiedzieć chwilkę dłużej (myślę że 15 minut mu wystarczy). Dajemy mu wystygnąć na blaszce.
Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, ale używając o 1/3 mleka mniej.
Na pierwszy blat kładziemy budyń. Na drugi kajmak z puszki - czyli to ugotowane mleko. Na koniec przykrywamy trzecim blatem. Tylko wyjmijcie wcześniej spod nich papier :P Ciacho niech sobie chwilę poleży i ustabilizuje. Jeśli zrobicie je rano, przed obiadem, to na popołudniową kawkę będzie już gotowe.
Moja górna warstwa wygląda trochę jak od murzynka.
Kajmak w cieple lubi uciekać
Smacznego!
I znowu banany!
Zabrałam się dzisiaj za czyszczenie mojej dosyć pokaźnej kolekcji słoni. Niestety każdy z tych słoni ma to do siebie, że jest idealnym zbieraczem kurzu. A do tego praktycznie 95% mojej kolekcji ma mnóstwo zdobień i wgłębień, w których ten kurz uwielbia się gromadzić. Tym samym najwygodniejszą metodą czyszczenia jest moczenie w wodzie i wycieranie do sucha. Jak już wszystkie będą oczyszczone i nadające się do pokazywania, może zamieszczę trochę zdjęć :)
Żeby się za bardzo nie umartwiać tym sprzątaniem, postanowiłam się pocieszyć jakimś ciachem z kremem. Chciałam coś dobrego, słodkiego i w miarę szybkiego. Do głowy mi przyszła cała masa przepisów, ale jeden już od dawna do mnie wracał i w końcu zdecydowałam się na Kopiec Kreta. Wadą ciasta jest, że niestety musi leżeć w lodówce. Dlatego lubię je robić zimą, bo wtedy po prostu wywalam szczelnie zamknięty pojemnik z ciastem na balkon i jest spokój. A tak trzeba w lodówce poprzykrywać wszystko co emituje zapachy (np cebula czy sos czosnkowy), bo pojemnik na ciacho się nie zmieści.
Kiedy pierwszy raz chciałam zrobić Kopiec Kreta wybrałam opcję z pudełka. To jeszcze były czasy, kiedy moje zdolności kulinarne ograniczały się do wyklepania i usmażenia kotletów i upieczenia samodzielnie ciasta o wdzięcznej nazwie "ciasto, które zawsze się udaje" (w moim wykonaniu i przypala). O czymś takim jak blogi kulinarne nikt wtedy nie słyszał, bo internet w Polsce dopiero raczkował. Niestety źle przeczytałam instrukcję na pudełku i zamiast masła, do masy na ciasto wlałam całą kremówkę. Sytuację uratowała moja mama, ale zamiast kopca mieliśmy płaski placek z bananami, a ja się zraziłam do niego na kilka lat. Z koleżankami się śmiałyśmy wtedy, że "kopiec przeżył, ale kret zdechł". W zeszłym roku ponownie spróbowałam, tym razem od podstaw samodzielnie z przepisu. I wyszedł perfekcyjnie. Roboty z nim niewiele, jedynie przy usypywaniu kopca trochę się bałagani. Idealne na wieczorny deser. No i oczywiście z moimi ukochanymi bananami :)
Składniki:
Ciasto:
Margarynę, cukier, kakao i wodę wkładamy do rondelka, gotujemy mieszając, aż się wszystko ładnie rozpuści i połączy. Studzimy. Żółtka oddzielamy od białek. Masę czekoladową i żółtka wlewamy do miski i mieszamy. Dosypujemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i znowu dokładnie mieszamy. Z białek ubijamy sztywną pianę i delikatnie łączymy z resztą masy. średnią tortownicę (ok 27-30 cm średnicy) smarujemy tłuszczem i obsypujemy bułką tartą. Można też wyłożyć spód papierem do pieczenia i obsypać boki bułką. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto pieczemy przez 25 minut - do suchego patyczka. Z lekko wystudzonego delikatnie wydrążamy środek. Ponieważ na górze jest chrupiąca skórka, najlepiej wyciąć sobie nożem linie i po nich zeskrobywać łyżką. Zostawiamy dno i boki, na ok 1,5 cm grubości. To co zostało wyskrobane, kruszymy na drobno i odkładamy do miseczki.
Krem:
Czekoladę drobno siekamy. Kremówkę ubijamy ze śmietan-fixami, cukrem wanilinowym i cukrem pudrem. Dodajemy do niej czekoladę i delikatnie mieszamy.
Kopiec:
Na dnie wydrążonego ciasta układamy połówki bananów. Jak komuś przeszkadza brązowienie, może pokropić kilkoma kroplami cytryny, ale bita śmietana wtedy krócej się trzyma. Dwa mi się zawsze mieszczą całe, a trzeci banan służy do uzupełniania dziur pomiędzy nimi.
Na banany nakładamy bitą śmietanę i formujemy z niej kopiec. I ostatnia część zabawy. Bierzemy okruchy ciasta i jak kto woli: posypujemy lub nakładamy na śmietanę. Ja zawsze wolę drugą wersję, bo mnie się rozsypuje i wygodniej dziury się uzupełnia. Okruchy lekko dociskamy do śmietany, żeby nie uciekały. Na koniec wkładamy na 2 godziny do lodówki, żeby się "ustabilizowało".
Smacznego!
Żeby się za bardzo nie umartwiać tym sprzątaniem, postanowiłam się pocieszyć jakimś ciachem z kremem. Chciałam coś dobrego, słodkiego i w miarę szybkiego. Do głowy mi przyszła cała masa przepisów, ale jeden już od dawna do mnie wracał i w końcu zdecydowałam się na Kopiec Kreta. Wadą ciasta jest, że niestety musi leżeć w lodówce. Dlatego lubię je robić zimą, bo wtedy po prostu wywalam szczelnie zamknięty pojemnik z ciastem na balkon i jest spokój. A tak trzeba w lodówce poprzykrywać wszystko co emituje zapachy (np cebula czy sos czosnkowy), bo pojemnik na ciacho się nie zmieści.
Kiedy pierwszy raz chciałam zrobić Kopiec Kreta wybrałam opcję z pudełka. To jeszcze były czasy, kiedy moje zdolności kulinarne ograniczały się do wyklepania i usmażenia kotletów i upieczenia samodzielnie ciasta o wdzięcznej nazwie "ciasto, które zawsze się udaje" (w moim wykonaniu i przypala). O czymś takim jak blogi kulinarne nikt wtedy nie słyszał, bo internet w Polsce dopiero raczkował. Niestety źle przeczytałam instrukcję na pudełku i zamiast masła, do masy na ciasto wlałam całą kremówkę. Sytuację uratowała moja mama, ale zamiast kopca mieliśmy płaski placek z bananami, a ja się zraziłam do niego na kilka lat. Z koleżankami się śmiałyśmy wtedy, że "kopiec przeżył, ale kret zdechł". W zeszłym roku ponownie spróbowałam, tym razem od podstaw samodzielnie z przepisu. I wyszedł perfekcyjnie. Roboty z nim niewiele, jedynie przy usypywaniu kopca trochę się bałagani. Idealne na wieczorny deser. No i oczywiście z moimi ukochanymi bananami :)
Składniki:
Ciasto:
- 0,5 kostki margaryny (125 g)
- 0,5 szklanki cukru
- 2 jajka
- 1,5 szklanki mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1/3 szklanki wody
- 2 łyżki dobrego ciemnego kakao
- 400 g śmietany kremówki
- 2 śmietan-fixy
- 1,5 łyżki cukru pudru
- 1 tabliczka czekolady deserowej lub gorzkiej
- 3 banany
- 1 torebka cukru wanilinowego
Margarynę, cukier, kakao i wodę wkładamy do rondelka, gotujemy mieszając, aż się wszystko ładnie rozpuści i połączy. Studzimy. Żółtka oddzielamy od białek. Masę czekoladową i żółtka wlewamy do miski i mieszamy. Dosypujemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i znowu dokładnie mieszamy. Z białek ubijamy sztywną pianę i delikatnie łączymy z resztą masy. średnią tortownicę (ok 27-30 cm średnicy) smarujemy tłuszczem i obsypujemy bułką tartą. Można też wyłożyć spód papierem do pieczenia i obsypać boki bułką. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Ciasto pieczemy przez 25 minut - do suchego patyczka. Z lekko wystudzonego delikatnie wydrążamy środek. Ponieważ na górze jest chrupiąca skórka, najlepiej wyciąć sobie nożem linie i po nich zeskrobywać łyżką. Zostawiamy dno i boki, na ok 1,5 cm grubości. To co zostało wyskrobane, kruszymy na drobno i odkładamy do miseczki.
Krem:
Czekoladę drobno siekamy. Kremówkę ubijamy ze śmietan-fixami, cukrem wanilinowym i cukrem pudrem. Dodajemy do niej czekoladę i delikatnie mieszamy.
Kopiec:
Na dnie wydrążonego ciasta układamy połówki bananów. Jak komuś przeszkadza brązowienie, może pokropić kilkoma kroplami cytryny, ale bita śmietana wtedy krócej się trzyma. Dwa mi się zawsze mieszczą całe, a trzeci banan służy do uzupełniania dziur pomiędzy nimi.
Na banany nakładamy bitą śmietanę i formujemy z niej kopiec. I ostatnia część zabawy. Bierzemy okruchy ciasta i jak kto woli: posypujemy lub nakładamy na śmietanę. Ja zawsze wolę drugą wersję, bo mnie się rozsypuje i wygodniej dziury się uzupełnia. Okruchy lekko dociskamy do śmietany, żeby nie uciekały. Na koniec wkładamy na 2 godziny do lodówki, żeby się "ustabilizowało".
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









